Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Odcinek finałowy, w którym wszyscy żyli długo i szczęśliwie
Tak, wiem, że już chyba straciliście nadzieję na jakąkolwiek notkę ode mnie, ale niespodzianki to moja specjalność ;-) Nie pisałam, bo młodej mamie bardzo trudno znaleźć czas na cokolwiek, a jeśli już czas znajdzie, zwykle przeznacza go na spacer lub sen. No, ale jestem wam winna opowieść o tym, co zdarzyło się w ostatnim czasie - tym bardziej, że wielu z was wiernie mi kibicowało i z pewnością jesteście ciekawi, jak też mi się wiedzie w nowej roli. A zatem.

W zeszłą sobotę moja córka skończyła 7 tygodni i oficjalnie przestała być noworodkiem. Na świecie pojawiła się prawie dwa tygodnie przed terminem - 11 czerwca. Poród miałam zaskakująco lekki i szybki. Tak lekki i szybki, że nie zdążyłam nawet poprosić o znieczulenie. W istocie ból nie był nawet w połowie tak straszny, jak czyta się na forumciach. Nie wiem, czym dziewczyny się tak nawzajem straszą. Może zresztą cała tajemnica tkwi w tym, żeby się nie bać i zaufać własnemu ciału? Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że rodziłam w jednym z najlepszych szpitali położniczych w Polsce (a z pewnością najlepszym w Warszawie), czyli w szpitalu św. Zofii. Do domu wyszłyśmy już po dwóch dniach... i się zaczęło.
Nie jest prawdą, że noworodek tylko je i śpi. Będąc w ciąży chyba nie do końca sobie wyobrażałam, ile czeka mnie pracy. Ciąża była piknikiem. Poród i pobyt w szpitalu to była wycieczka do SPA. Macierzyństwo - to dopiero wyzwanie dla prawdziwej twardzielki. Miotam się od euforii do desperacji... Właściwie gdyby nie mój mąż, to właśnie siedziałabym w gabinecie psychiatry, wydobywając się z ciężkiej depresji poporodowej. Ale dość już o tym, bo za chwilę znowu ktoś mi zarzuci, że narzekam. Powiem tylko, że od jakiegoś czasu nikogo tak bardzo nie podziwiam, jak samotnych matek.

Poza oczywistą satysfakcją (bo Marianna rośnie, pięknieje, codziennie uczy się czegoś nowego) odnotowałam jedną, zdecydowanie pozytywną stronę całej sytuacji. Otóż już po dwóch tygodniach po porodzie ważyłam tyle, co przed ciążą, a teraz, po kolejnym miesiącu, ważę kolejne dwa kilogramy mniej. Ciekawe, co będzie dalej...
Sprawdziła się też przepowiednia, że młoda matka przestaje kupować ciuchy sobie, ale wyda każdy grosz na ubranka dla dziecka. Ja wydaję pieniądze na ubranka Marianny z ogromną lubością. Także w ciuchlandach (tu powinno nastąpić pełne przerażenia żachnięcie). Podobnie myślą niezliczone legiony cioć - ostatnią "zdobyczą" jest śliczna sukienka od cioci Robaczek :-)  Niewątpliwie Marianna załapie się wkrótce na jakąś fotkę szafiarską, ale na razie odmawia pozowania.

To tyle ze spraw przyjemnych, a teraz będzie trochę smutniej.

Jak już napisałam, dramatycznie nie mam czasu. Dlatego muszę lojalnie uprzedzić, że nowe notki będą się pojawiały tak rzadko, że właściwie prawie wcale ich nie będzie. Nie zamykam bloga, bo jakoś sentyment mi na to nie pozwala, ale zawieszam go na kołku do momentu, kiedy Marianna będzie mniej absorbująca. Obecnie spędza większość czasu w pozycji misia koala, wiecznie wczepiona w moje ramiona, z rzadka śpiąc, co w oczywisty sposób utrudnia mi działalność szafiarską.
Nie mogę żyć bez pisania. Możliwe, że otworzę jakiegoś nowego bloga, w którym będę dawała upust macierzyńskim frustracjom. A póki co zapraszam do oglądania archiwum, obserwowania mnie na blipie i śledzenia moich poczynań w rozmaitych serwisach społecznościowych. Tam bywam nieco częściej, choć oczywiście znacznie rzadziej niż kiedyś.

Do zobaczenia gdzieś w sieci i dziękuję za wszystko :-)
poniedziałek, 23 maja 2011
Jestem czekaniem
Czekam. Odliczam. Mylę się, odliczam jeszcze raz. Nigdy nie byłam dobra w liczeniu.

A im dłużej czekam, tym bardziej narasta potrzeba grafomanii podlanej nazbyt emocjonalnym sosem, więc może lepiej nic, może po prostu będę robić to, co dotąd - upiję się zapachem kwitnącego parku, zmrużę oczy patrząc na słońce, posłucham krzyku sikor i szpaków, wzruszę się byle czym, pośmieję się i popłaczę. Otworzę kolejną mądrą książkę. I po raz tysięczny obejmę brzuch obiema rękami.

Unsure of what the balance held
I touched my belly overwhelmed
by what I had been chosen to perform

Lauryn Hill







Autorką zdjęć jest Ania Pińkowska (szerzej znana jako Villk), czyli 1/2 fotokolektywu Bubble Factory. Dziękuję!

P.S.Żeby nie było wątpliwości - nie znoszę typowych sesji "brzuszkowych", z wydumanymi studyjnymi pozami i obowiązkowym serduszkiem z dłoni na brzuchu.
niedziela, 15 maja 2011
Bilans trzylatka
Przedwczoraj mój blog skończył trzy lata i mimo, że częstość notek nie jest oszałamiająca (zresztą, czy kiedykolwiek była?), to jeszcze jakoś funkcjonuje. Przestałam mieć złudzenia, że mogę nazywać go blogiem modowym, bo jaka tam ze mnie fashionistka? O modzie lubię czytać i pisać. Ubierać się też lubię - nawet bardzo. Dbam o siebie, przed wyjściem z domu nie zapominam spojrzeć w lustro. Ale żeby być jakąś tam ekspertką? Trendsetterką? Bywalczynią modowych wydarzeń? Wiązać się zawodowo z tym najdziwniejszym z najdziwniejszych światków? Nie, zdecydowanie nie.

Kiedyś nawet żałowałam, walczyłam... ale rywalizacja z blogami dziewczyn z pierwszych lat studiów, albo takich, dla których bez trudu mogłabym być matką, była sprawą z góry przegraną. Nie jestem nastolatką. Już nie będę miała TEJ figury. TEJ twarzy. Już nie pasują mi te same ubrania. Już nie tracę głowy w H&M. Próby ubierania się jak ktoś młodszy nie mają sensu. Środowisko szafiarskie też już nie takie jak kiedyś. Nie pasuję tu. Chcę się ubierać sama dla siebie, nie dla innych, nawet jeśli wygląda to dla kogoś groteskowo. Ale blog będzie sobie funkcjonował, i dopóki ktoś tu zagląda, znajduje tu coś dla siebie, zapewne będę robić zdjęcia i pisać.

Przy okazji chciałabym poświęcić parę słów krytyce. Nieraz się tu pojawiała. Zawsze mnie zadziwiało, jak radykalnie cenzurki potrafią wystawić innym ludzie, którzy nie znają osobiście obiektu krytyki. A przecież wszystko, nawet błąd - jeśli popełniany uporczywie i świadomie - z czegoś wynika. Więcej - to, co wiele lat temu uważano za błąd, grzech i przewinienie, dziś święci triumfy. Myślałam o tym wiele razy, aż w końcu przypomniałam sobie pewną mądrą historię, przytoczoną w książce Marii Kann "Dziewięć bied i jedno szczęście". Książka mało znana, a historyjka wiecznie aktualna i wielu osobom może pomóc, bo liczba ludzi gotowych usłużnie dokopać innym niestety nie maleje.

"Pewien wariat wmówił sobie (...), że jest słowikiem. Zaczął się obawiać kotów. W szpitalu psychiatrycznym lekarze powiedzieli mu z powagą, że potrafią go uleczyć. Po prostu wytną mu to wszystko, co jest z natury słowicze. Wariat wyraził zgodę na operację. Kiedy obudził się z narkozy, pokazano mu świeży szew na skórze.
- O, widzi pan, to jest szew pooperacyjny. Zabieg się udał, nie jest Pan już słowikiem.
- I mogę bez obawy wrócić do domu?
- Ależ oczywiście.
Ucieszony pacjent zabrał swoje rzeczy i wyszedł. Jakież było zdumienie lekarzy, kiedy znów stanął na progu gabinetu.
- Czy pan czegoś zapomniał?
- Nie, tylko przestraszyłem się.
- Czego?
- Na schodach ganku siedzi kot!
- Co z tego? Przecież pan wie, że jest pan człowiekiem, a nie słowikiem.
- Ja wiem, ALE CZY KOT WIE?"

Reasumując, jeśli człowiek zdaje sobie sprawę, że nie jest słowikiem, niestraszny jest mu żaden kot. Tego życzę wam i sobie. Róbcie swoje. Bądźcie mądrzejsze i silniejsze niż anonimowi, niezalogowani nieszczęśnicy z nieznanych numerów IP.
czwartek, 12 maja 2011
Mama pracująca
Lubię swoją pracę, zwłaszcza odkąd zmieniłam ją na lepszą i bardziej przyjazną :-) W firmie żartowano sobie, że będę pisać maile jeszcze z sali porodowej. Ostatnio wprawdzie zwolniłam nieco tempo, ale to już chyba nikogo nie dziwi - lada moment zaczynam dziewiąty miesiąc ciąży i poruszanie się sprawia mi coraz większą trudność. W końcu noszę w sobie ponad dwa kilogramy małej dziewczynki, że o innych przyległościach nie wspomnę ;-) Ale jeszcze czasem znajduję siłę, żeby zrobić kilka zdjęć. Tak wyglądałam pewnego dnia w zeszłym tygodniu w pracy. Zdjęcia powstały oczywiście w pobliżu domu.

Taaak. Tym razem już nie da się ukryć, że nabrałam gabarytów młodego słonia. Dla porównania, tak wyglądałam, kiedy nosiłam tę sukienkę przed ciążą. A teraz... cóż, w każdym razie sukienka okazała się cudownie wygodna i idealnie elastyczna.

A swoją drogą moją ostatnią notkę musiały chyba przeczytać dobre wróżki, bo coś jakby drgnęło. Nie łapię tylu pogardliwych spojrzeń, więcej osób mi ustępuje, a wczoraj nawet pan strażnik przy bramie Królikarni (gdzie czekałam na koleżankę) podsunął mi krzesełko :-)

Sukienka - ciuchland
Wisiorek - C&A
Buty - Deichmann
Torebka - ze swapu
Żakiet - Zara
piątek, 22 kwietnia 2011
Na specjalne życzenie telewidzów ;-)
Wiem, że jest wiele osób, które czekają na moje zdjęcia szafiarsko - ciężarskie ;-) Oto ja - w chwili robienia zdjęć 6 kilogramów cięższa (ale dzisiejsza wizyta u lekarza wykazała, że przybyły już mi kolejne trzy), na lekko opuchniętych stopach. Mam prawie pół setki par obuwia, ale nosić mogę w porywach trzy pary, bo większość albo zrobiła się za mała, albo jest na surowo zabronionym wysokim obcasie. Z zazdrością zerkam na dziewczyny w krótkich sukienkach i na szpilkach. Chodzę powoli i dostojnie, kręgosłup ledwie zipie, ale nadrabiam miną - od początku ciąży nie wzięłam ani jednego dnia zwolnienia lekarskiego. Bo przecież jak to, JA nie dam rady? Jestem demonstracyjnie dzielna, demonstracyjnie profesjonalna, rozstawiam cały świat po kątach. Żeby tylko nikt nie odważył się nawet pomyśleć, że mózg mi gdzieś tam przewędrował.

Są rzeczy, które mnie irytują. Na przykład to, że na mój widok mężczyźni w środkach komunikacji miejskiej odwracają głowę i zaczynają uważnie studiować widoki za oknem. Celowo liczę, ile razy ktoś ustąpił mi miejsca - do tej pory zdarzyło się to osiem razy, przy czym tylko dwa razy wykazał się mężczyzna. To chyba i tak dużo? Ale starannie ubrane, szczupłe dwudziestolatki w Złotych Tarasach czy innej Arkadii są jeszcze gorsze. Zerkają na mnie w najlepszym wypadku z wyższością, w najgorszym - niemal z obrzydzeniem. A bo to wiadomo, czy ciężarna, czy tłusta? Wszystko jedno. Wkroczyłam w ich świat, nieproszona, inna, obca. To kiedyś był także mój świat.

Ale to wszystko nie ma znaczenia, bo są też przyjaciele. Tacy, którzy pytają mnie wciąż, jak się czuję, gotowi przybiec natychmiast, na jedno moje słowo. Tacy, którzy przynoszą mi najnowszy numer francuskiego Vogue'a ("żebyś zawsze była sobą"), cudowną poduszkę w kształcie rogala (polecam przyszłym mamom, pozwala kręgosłupowi odpocząć), pachnące kremiki na napiętą do granic skórę. Nie jest źle. Poza tym to jeszcze tylko dwa miesiące. Wytrzymam.

Sukienka - Asos
Buty - kupione w second handzie w Monachium
Naszyjnik - od Drakonarii
poniedziałek, 07 marca 2011
Szybciej
Sztafeta pokoleń przyspiesza wraz z każdym poruszeniem najnowszego człowieka. Jeszcze nigdy nie czułam namacalności czasu tak wyraźnie.
W ciągu ostatnich lat sporo czasu poświęcałam na pozowanie do zdjęć. Wkrótce przestanie mi to sprawiać aż tyle radości - za to z wielką satysfakcją będę fotografować własne dziecko. A jeszcze nie tak dawno temu - bo co to jest głupie czterdzieści lat - do zdjęć pozowała pewna bardzo dynamiczna dwudziestolatka. Nie miała jeszcze chłopaka ani dzieci. Miała za to mnóstwo planów na przyszłość. Moja prywatna ikona mody. Innych nie potrzebuję. Dla każdej córki mama jest najpiękniejsza.

środa, 02 marca 2011
Wyniki karmelowego konkursu
Nie było tych zgłoszeń jakoś strasznie dużo (czemu się zresztą zupełnie nie dziwię - konkurs Dax był na co trzecim blogu), ale te, które były, narzuciły naprawdę wyśrubowany poziom. Mówiąc zupełnie szczerze, byłam zaskoczona, jak bardzo piękne zdjęcia do mnie trafiły. Razem ze mną dziwił się Arim, który z zainteresowaniem oglądał fotografie. Spróbuję pogadać ze sponsorem, żeby nagrody mogły przypaść w udziale więcej niż tylko trzem osobom, bo najchętniej nagrodziłabym jeszcze co najmniej kilka uczestniczek :-)

W związku z powyższym nie mogę się oprzeć pokusie zamieszczenia wszystkich zdjęć nagrodzonych stylizacji. Wszystkie reprezentują coś, co jest dla mnie najlepszą definicją vintage.

Oto pierwsza z nich. Autorka: es.agata:



Dalej robi się międzynarodowo. Oto pomysł Joanny, która na co dzień mieszka i pracuje w Oxfordzie (tak, tak, tym Oxfordzie):



Zdjęcia: Adrian Krajewski
A tutaj już Rotterdam i ciepła zima holenderska. Prezentuje się Anna:

[Nawiasem mówiąc zdradzę wam pewien patent. Najprostszym sposobem na wygranie czegoś na moich konkursach jest uśmiech. Nie ma nic fajniejszego niż uśmiechnięte, modne, przebojowe dziewczyny - i laureatki karmelowego konkursu takie właśnie są.]

A do nagrodzonych osób wysłałam maile z informacją o nagrodzie i prośbą o adresy do wysyłki. Jeśli uda mi się wywalczyć jakieś dodatkowe nagrody, pójdą kolejne wiadomości do kolejnych osób.
Gratuluję i dziękuję! Także za przemiłe słowa, gratulacje, życzenia itd :-)

P.S. Czuję się świetnie, choć doszłam do etapu, w którym nawet przewracanie się z boku na bok w łóżku zaczyna być pewnym wyzwaniem ;-) Ale podobam się sobie. Jestem zaokrąglona jak Wenus z Willendorfu :-)
niedziela, 20 lutego 2011
Modowo książkowo 2
Ta notka miała się ukazać już dawno, ale zawirowania prywatne połączone z dłuższym okresem żywej niechęci do blogowania sprawiły, że publikuję ją dopiero teraz.

Należy zacząć od tego, że książkę uważam za absolutnie najlepszy prezent na każdą okazję i dla każdego. Także dla pasjonatów mody można sporo znaleźć na księgarskich półkach. Pierwszą notkę na ten temat napisałam ponad rok temu, ale ponieważ od tego czasu w mojej biblioteczce wylądowało sporo nowych pozycji, uznałam, że do kwestii warto wrócić. Ktoś może powiedzieć, że nie ma sensu czytać o modzie, że najlepiej ją po prostu stosować w praktyce. Owszem. Ale trochę świadomości w tej dziedzinie nie zaszkodzi.

Odchodząc z poprzedniej pracy, dostałam w prezencie na nową drogę życia dwa grube tomiszcza. Pierwszy to "Historia mody - dzieje ubiorów od czasów prehistorycznych do końca XX wieku" Francoisa Bouchera (wydawnictwo Arkady). To nie jest lekka, łatwa i przyjemna lektura, ale warto się z nią zmierzyć. Przyznaję, że nie dałam rady przeczytać jej tak szybko i entuzjastycznie jak normalnie zwykłam czytać, bo ma przyciężkawy wdzięk podręcznika antropologii kulturowej (którym w istocie jest). Jej motto mogłoby brzmieć jak aforyzm Stanisława Leca: "Skąd się wzięła moda wszystka? Z Ewy figowego listka". Opisane jest wszystko, począwszy od funkcji ubiorów w początkach cywilizacji, przez stroje w Europie we wszystkich epokach i krajach, aż do współczesności. Opisy są drobiazgowe - tomiszcze waży ze dwa kilo i liczy sobie prawie 500 stron. Jeśli ktoś kiedykolwiek chciałby np. zdawać na maturze historię mody, to lepszego podręcznika nie trzeba. Przy okazji łyka się sporo kulturoznawstwa i historii sztuki. Bardzo polecam. Nie wiem, czy do czytania dla rozrywki, ale na pewno dla poszerzenia horyzontów.

Na widok drugiej książki trochę parsknęłam. "Moda - projektowanie" - no fajnie, ale czy ja zamierzałam kiedykolwiek coś projektować? Szybko okazało się jednak, że książka Sue Jenkyn Jones to najlepszy nowy nabytek w mojej biblioteczce. Tylko pozornie jest o projektowaniu. Tak naprawdę to bardzo użyteczne kompendium dla każdego, kto jakkolwiek zajmuje się modą - nieważne, czy "wymyśla" nowe kolekcje, czy o nich pisze, czy po prostu chce być na czasie i ma ambicje trendsetterskie. Tam jest WSZYSTKO. Kontekst kulturowy i historyczny współczesnej mody; czego można się spodziewać, studiując modę za granicą; kalendarz mody (czyli wszystkie tygodnie mody + co, gdzie i kiedy jest mniej więcej prezentowane); proces wytwórczy ubrań, sztuka łączenia kolorów i wzorów, rodzaje materiałów, rodzaje sylwetek, instruktaż projektowania, cykl życia trendu, sztuka organizacji dobrego pokazu, podstawy stylizacji... No po prostu wszystko. Nie wiem, jak bez tej książki żyłam. Serio serio.

A teraz trochę dziegciu w beczce miodu.

Książki wydawnictwa Taschen to takie książkowe fastfoody, głównie do pooglądania obrazków. Kiedyś w ramach zakupu impulsowego kupiłam sobie dwie z nich: "Historia mody od XVIII do XX wieku" i "Moda dzisiaj" (ta ostatnia pod redakcją Terry'ego Jonesa i Susie Rushton). Oceniam je tak sobie. "Historia mody" ma przepiękne ilustracje, ale traci na uroku, kiedy przeczyta się wspomnianą powyżej "Historię mody" Bouchera. Druga już w momencie kupowania była średnio aktualna (nie żył Alexander McQueen; Phoebe Philo nie tworzyła już dla Chloe, tylko dla Celine itd). Fotografie piękne, ale nie jestem pewna, czy reprezentatywne. No i ten chaos - brak spisu treści, lista projektantów uporządkowana nie według porządku alfabetycznego, tylko według... no właśnie, nie wiem. Reasumując - można sobie odpuścić. A najlepiej poczekać na kolejne wydanie. Bo jednego nie sposób tym książkom odmówić - są naprawdę bardzo ładnie wydane, na grubym, błyszczącym papierze, no i mają kieszonkowy format, idealny do torebki. Jak wszystko, co wydaje Taschen.
 

Jeśli więc ktoś z waszych znajomych ma wkrótce urodziny/imieniny/ważną rocznicę, poszperajcie po księgarniach. Albo poszperajcie ot tak, sami dla siebie. I czytajcie - bo to miło należeć do elity 10% społeczeństwa. Zawsze lepiej zaliczać się do niektórych niż do wszystkich ;-)

P.S Przypominam o konkursie z poprzedniej notki :-) Na razie zgłoszeń jest stosunkowo mało. Nikt nie chce bazy pod makijaż? Nie wierzę...
wtorek, 15 lutego 2011
Ka(r)melowo - konkurs
Rok temu, co zapewne niektórzy z was pamiętają, ogłosiłam na łamach tego bloga konkurs na limeryk. Ku mojemu zaskoczeniu limeryki przychodzą do mnie nadal, mimo, że konkurs został rozstrzygnięty rok temu. Jedyny wniosek, jaki mogłam z tego wyciągnąć, był prosty - tęsknicie za kolejnym konkursem! Organizuję go więc co prędzej, skoro nadarzyła się okazja.

Najpierw o nagrodach. Są nimi kosmetyki Dax - a dokładniej baza wygładzająca pod podkład (ja bez jakiejś bazy nie wyobrażam sobie makijażu). Nagrody są trzy. Równorzędne - nie będzie miejsca pierwszego, drugiego, trzeciego. W tej samej serii kosmetyków znajdziecie też korektor i podkład - warto je sobie dokupić, żeby mieć w kosmetyczce komplet.

Podkład jak to podkład, kolorystycznie oscyluje wokół odcieni wanilii, beżu, karmelu... Kiedy zastanawiałam się, na czym właściwie tym razem ma polegać wasze konkursowe zadanie, przypomniałam sobie to wyklęte słowo - kamelowy (zwany też camelowym lub nawet wielbłądzim). Pomyślałam, że właściwie mimo okrzyknięcia go kolorem sezonu nie widziałam nigdzie naprawdę ciekawej, oryginalnej stylizacji z beżem/karmelem w roli głównej. I tak, to właśnie chcę zobaczyć. Wymyślcie stylizacje z jakimś elementem beżu lub nawet całe beżowe. Lub w kolorach pokrewnych, ale nie popadajcie w przesadę - brązy się nie liczą ;-) Szarości także nie. Jak widać, tym razem nie wymagam od was ani limeryku, ani sonetu, ani nawet haiku. Będzie trywialnie, ale mam nadzieję, że mimo wszystko pojawią się emocje i zacięta rywalizacja.

Konkurs potrwa przez dwa tygodnie licząc od dziś (od 15 do 28 lutego do końca dnia), żebyście mieli dostatecznie dużo czasu na wymyślenie zestawu i jego sfotografowanie. Wysyłać można pod wiadomy adres, który przypominam: morven.:at:.gazeta.pl (umiejętność zastosowania tego adresu stanowi jednocześnie dyskretny test na inteligencję i obycie w sieci, więc reklamacje typu "podałaś błędny mail" nie będą uwzględniane).

A za parę dni opublikuję wreszcie odkładany od dawna wpis o kolejnych modowych lekturach, które udało mi się ostatnio zdobyć i przeczytać.
niedziela, 30 stycznia 2011
Reaktywacja
Pogłoski o mojej śmierci są grubo przesadzone! ;-) A nawet, że tak powiem, żyję podwójnie. Zmieniły się moje rozmiary, zmieniło się moje nastawienie do wielu spraw i w ogóle wszystko się zupełnie pozmieniało. A że nie mam w sobie żyłki ekshibicjonistki, nie chciałam opisywać tego na blogu. Tym bardziej, że znając niektórych czytelników, a nie chcąc wyciągać na światło dzienne spraw prywatnych, mogłam niezawodnie liczyć na przemiłe komentarze w rodzaju: "Przytyłaś", "Masz pryszcze", "Co to za workowata sukienka" itd. Przyszedł jednak moment, kiedy uznałam, że czas na coming out - tym bardziej, że nawet moja mama zapytała mnie, kiedy będzie nowy wpis na blogu...

Rozmiary początkowo niewiele się zmieniały, co uśpiło moją czujność. Aż któregoś dnia, wybierając się na imprezę, rozpłakałam się przed szafą, bo znienacka w nic się nie zmieściłam. Cała ogromna kolekcja ubrań - kompletnie bezużyteczna! Dla modowej blogerki to jednak był pewien szok. Równie dobrze mogę zapieczętować szafę i otworzyć ją dopiero późnym latem. Za to biust rósł jak szalony. Musiałam więc przemóc się i oddać w sprawne ręce brafitterki. Skończyło się beztroskie bieganie bez stanika - ni stąd ni zowąd dojechałam do miseczki rozmiaru DD i sprawa wciąż jest, że tak powiem, rozwojowa.

Nie miało sensu kupowanie czegokolwiek na wyprzedażach - interesują mnie wyłącznie działy typu maternity, a tam rzadko coś tanieje. Wstępna selekcja wykazała, co następuje:

- dział Mama w H&M to w większości ubrania szaro bure, długie i paskudne. Worek pokutny gratis.
- w Zarze dział dla ciężarówek w ogóle nie istnieje
- w New Looku podobno istnieje (allegro to potwierdza), ale w warszawskim sklepie go nie stwierdzono. Może słabo szukałam.
- Kappahl daje radę, ale Kappahl generalnie ma sporą ofertę ciuchów w rozmiarze małego namiotu. Największy namierzony rozmiar to 52. Mam nadzieję, że nie upadnę aż tak nisko. Obawiam się jednak, że ewentualna nowa kolekcja Vintage Stories kompletnie zignoruje osoby większe niż 42. Ja na razie plasuję się gdzieś około 40.
- Asos nie pozwolił mi zwątpić w modę i zaoferował całkiem pokaźny dział maternity. Na razie kupiłam tam jedną sukienkę, która okazała się... za duża ;-) Czekam na zamianę.
- rodzimy Salt&Pepper zaoferował olśniewający wybór w postaci jednej paskudnej sukienki z satyny
- google po wpisaniu hasła "ubrania dla ciężarnych" wyrzuca wiele sklepów, a w nich niemal wyłącznie bluzy odcinane pod biustem, tuniki i sukienki z dzianiny. Szukałam szkarłatnej litery, ale nie było.
- ze znanych mi ciuchlandów internetowych tylko Vintage Agi ma dział "ciążowy" - jest w nim jedna bluzka i jedna sukienka.
- są jeszcze specjalistyczne sklepy stacjonarne, ale ubrania w nich są drogie, jaskrawe i poliestrowe. Z obowiązkową kokardką pod biustem.

No i słusznie! Po co ciężarnym ubrania. A jeszcze modne ubrania - ekstrawagancja. Gdybym była przyzwoita, zamknęłabym się w domu i nie pokazywała nikomu na oczy. Problem w tym, że chcę przechodzić ten czas w czymś ładnym. Kolorowym. Uwzględniającym nie tylko specyficzną fizjonomię, nie tylko potrzebę wygody, ale i trendy.

Tyle szczerych wyznań na dziś. Obiecuję, że w kolejnym odcinku dla odmiany niczego się nie przyczepię.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17