Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
wtorek, 30 listopada 2010
Pilnuj kiecek, dziewczyno
Przeczytałam wczoraj bardzo ciekawy wywiad z Filipem Niedenthalem (dla tych, co nie wiedzą - to jedna z pierwszych osób w Polsce na poważnie wykształconych w kierunku dziennikarstwa modowego, były szef działu mody "Twojego Stylu"). Padają w nim stwierdzenia gorzko prawdziwe. Stwierdzenia, które sama mogłabym wypowiedzieć - choć doświadczenia, na których opieram podobne opinie, z pewnością powstały w absolutnej mikroskali w porównaniu do doświadczeń Niedenthala.

Od lat niezmiennie bawi mnie (lub smuci - zależnie od dnia) fakt, że moje upodobanie do sukienek i torebek często jest automatycznie klasyfikowane jako przejaw głupoty. Fakt, że lubię się ubierać, a wizyty w sklepie z ciuchami nie traktuję jak zła koniecznego, jest wysoce podejrzany zwłaszcza dla geeków i nerdów. Mamy więc klasyczną miłość bez wzajemności, bo ja nerdów uwielbiam. Ale zanim zacznę im tłumaczyć, że spotkaliśmy się przynajmniej raz na tym samym konwencie sf, nie odczuwam pierwotnego lęku z powodu zawieszonego komputera, a na widok konsoli tekstowej nie dostaję spazmów, oni już zdążą mnie zatrzasnąć w szufladce pt. idiotka. Kto by tam słuchał laski od ciuchów. Kto by tam reagował na jej komentarze - chyba, że prześmiewczo. Bo przecież to, panie kochany, jakaś klasyczna blondynka jest. Jej ulubioną rozrywką jest zapewne testowanie szminek. A przecież wszyscy wiedzą, że najlepszym ciuchem jest t-shirt z toys4boys i do tego trapery, oczywiście.

W środowisku inteligentnych ludzi nie ma dla szafiarki lepszej obelgi niż "pilnuj kiecek, laska". Takie podsumowanie pod moim adresem wystosowała kiedyś na blipie pewna adminka, osoba - co wiem skądinąd - niezwykle bystra i sympatyczna, której blogi czytam z przyjemnością. No, ale zobaczyła mojego bloga, a na nim zdjęcia w strojach różnorakich - wystarczyły jej więc trzy sekundy, żeby na mój temat wyrobić sobie opinię. Zapieniłam się i coś tam jej ponawyjaśniałam, więc przeprosiła - ale fakt faktem, jej pierwszy odruch był jaki był. Czyli kiecka + pisanie o ciuchach = zło.

Czy to naprawdę takie oburzające, dbać o siebie? Czy to aż tak straszny skandal, że ma dla mnie znaczenie, jakie spodnie sobie kupię? Bo - tak sobie nieśmiało kombinuję - treść moich notek raczej nie licuje z wizerunkiem idiotki. Skąd więc tak błyskawiczne podsumowanie mojej osoby? Z czego to się bierze - z PRL-u, kiedy dbanie o wygląd było nietaktowne, bo panowała urawniłowka? Z przekonania, że bycie modnym to to samo, co bycie pretensjonalną modnisią?

A może sprawa sięga głębiej? Może niepoważne postrzeganie mody to zasługa naszych pseudocelebrytów w koszmarnych lumpenkreacjach z satyny? Naszych pseudoprojektantów, którzy koniecznie chcą pojechać na Fashion Week do Londynu czy Paryża, chociaż nie umieją powiedzieć słowa po angielsku? Sukni, które się (jeśli wierzyć Dawidowi Wolińskiemu) namolnie wyciąga od projektantów, zamiast je kupić? Okrzyczanych wydarzeń i pokazów, na które się idzie nie po to, aby krytycznie i przytomnie je ocenić, ale dlatego, że wypada, że lans, że wielki świat. A ten polski "wielki świat" to wciąż sztuczne złoto, marny tombak, podróbka podróbki. Może jeszcze nie dojrzeliśmy do mody? Do traktowania jej na serio?

Tak, to chyba to. Potrzeba nam więc edukacji. Trzeba siać, siać, siać... ;-) Trzeba nam jeszcze więcej blogerek, ale nie takich, które nie ominą żadnej okazji do fotki na tle bannera reklamowego, tylko wrażliwych poszukiwaczek. Jeszcze więcej projektantów, ale obowiązkowo takich jak Łukasz Jemioł, Ania Kuczyńska czy Justyna Chrabelska. Jeszcze więcej ciekawych miejsc i sklepów, ale nie takich, gdzie krok w krok będzie za mną chodziła ekspedientka, obserwując każdy mój ruch. Więcej krytyków mody z prawdziwego zdarzenia - takich, którzy nie będą kulić głowy i sankcjonować w ten sposób zastanego układu. Ale przede wszystkim potrzeba nam więcej czasu. Czas zwiększa świadomość. A moda to hobby i/albo sposób na zarabianie - nie lepszy ani gorszy niż inne.

A co wy o tym wszystkim myślicie?
czwartek, 18 listopada 2010
I cóż, że ze Szwecji
Był taki czas, kiedy blogerki chórem i przez wszystkie przypadki odmieniały określenie "styl skandynawski". Nie bardzo rozumiałam zjawisko, bo każde zetknięcie ze stronami typu Hel Looks kończyło się w moim przypadku raczej uprzejmym zaciekawieniem niż realnym zachwytem. Tak było aż do wizyty w dwóch warszawskich butikach - Fiu Fiu przy Krakowskim Przedmieściu 13 (na tyłach Hotelu Europejskiego) i InFashion Outlet (Nowy Świat 43). Dzięki pani Magdzie z Fiu Fiu i pani Natalii z InFashion miałam okazję po raz pierwszy naprawdę dowiedzieć się, czym jest właściwie moda ze Skandynawii. Po raz pierwszy zetknęłam się z nazwami marek, które dotychczas były mi całkowicie obce:
  1. Edith&Ella. Marka stworzona przez Dunkę Line Markvarden. Edith i Ella to imiona babć projektantki. Firemka jest mała i chce być mała, a Line nie zależy na ekspansji, tylko na jakości oferowanych ubrań. Najnowsza kolekcja jest mocno inspirowana stylem vintage. Że nudne, już się przejadło? Nic z tych rzeczy, kolekcja jest prześliczna. Połowę z tych ubrań mogłabym mieć w swojej szafie.
  2. Saint Tropez. Duńska (wbrew nazwie) firma istniejąca od 1986r. Sklepy mają także w Szwecji, Norwegii i Holandii. Oferują bardzo nowoczesne połączenia, sporo odniesień do współczesnych trendów. Są nawet skarpetki do obcasów ;-) Widać to zwłaszcza w kolekcji na jesień 2010. Ale nutka klasycznej prostoty i elegancji nie znika nawet na chwilę. Tak też mogłabym się ubierać. Gdybym miała krótko określić ich styl, nazwałabym projekty Saint Tropez linią dla trzydziestek młodych duchem :-)
  3. Pieszak. Nazwisko brzmi znajomo? Nie, to nie pomyłka - babcia projektantki była Polką. To właśnie jej styl zainspirował Henriette Pieszak, Dunkę, do projektowania własnych kolekcji. Określiłabym je jako niezobowiązujący, miejski look z domieszką folku. Dużo jest też elementów dżinsowych, a opaska na głowie - stały element kolekcji - powinna spodobać się Riennaherze ;-)
  4. H&M... ups, przepraszam, pomyłka ;-) Tej firmy tu nie znajdziemy, mimo skandynawskich korzeni.
  5. Staff. Kolejna firma z Danii. Bardzo fajny lookbook na jesień - zimę 2010 - trochę hippie, trochę folk, zawsze wygodny i na luzie. Oglądając katalog widziałam tyle cudownych przykładów ubierania się "na cebulkę", że chyba porzucę swoje opory w tym kierunku.
  6. Smooph. Nie znalazłam ich strony internetowej, więc nic kompletnie o nich nie wiem. Znalazłam natomiast sklep internetowy, gdzie sprzedają swoje ubrania. Mają - i to już widziałam w sklepie przy Nowym Świecie - cudne szale i tuniki. Na ogół - co trudne do spotkania w polskich sklepach - nie są to rzeczy w ciapki, wzorki i insze esy floresy. Te ubrania są funkcjonalne kolorystycznie - da się je łączyć, nie uzyskując kiczowatego efektu "późnego rokokoko".
  7. Best Behavior. Marie Ørberg and Malene Brøchner, Dunki, postawiły sobie za cel zrelaksować swoją klientkę :-) W tym sezonie stawiają na peleryny, legginsy, wielgachne torby, długie swetry, workowate spodnie. Nie każdemu to pasuje, ale wygodne jest na pewno :-) Obejrzyjcie sobie także ich archiwalne lokbooki, bo to niezła kopalnia inspiracji.
  8. Ilse Jacobsen. czyli pani od kaloszków i peleryn przeciwdeszczowych, znowu Dunka. Mają być praktyczne, wygodne i ładne. I są. Huntery mogą się schować...
  9. Odd Molly. Folk w najlepszym wydaniu. Piękne sukienki, koszule, spódnice. Na zdjęciach wyglądają jak zwykłe ciuchy, ale gdybyście mogły ich dotknąć... Odd Molly pochodzi ze Szwecji - to team projektantów, którzy zdążyli już odnieść sukces i otworzyć sklepy na całym świecie. Działają od 2002 r. Dziwna nazwa pochodzi od pewnej dziewczyny z Californii, która... ale sprawdźcie sami na ich stronie.
  10. Hunky Dory. Kolejna firma ze Szwecji. Bardzo proste wzornictwo, wszystko projektowane według zasady: "wciąż nosisz to samo, ale ciągle wyglądasz inaczej". Para projektantów, Ulrika i Christopher Bjercke, spotkała się w Paryżu - zostali parą w życiu i pracy. Pracują w ten sposób od 1996 r.

Ubrania wymienionych firm nigdy nie udają czegoś, czym nie są. Jeśli bawełna, to najwyższej jakości. Jeśli wełna, to gruba i ciepła. Jeśli sweter, to mięsisty, a jedwabna halka - chłodna i cieniutka. Są też bluzki i sukienki - wykończone z idealną dbałością o detale. Wiem, bo tych ciuchów dotykałam. Ba, przytulałam, łasiłam się, niczym Scarlett O'Hara do aksamitnych zasłon swojej matki.

Cudowne wzornictwo - ale projektanci nigdy nie tracą z oczu kobiecego ciała, jego potrzeb. To idealne ciuchy na naszą strefę klimatyczną, gdzie nie da rady przechodzić zimy w cienkim płaszczyku i lekkich włoskich kozaczkach z ażurowej skóry.

Zwróciłam też uwagę na coś jeszcze - skandynawskie firmy odzieżowe bardzo uważają na to, żeby być odpowiedzialnymi "obywatelami planety Ziemia". Dlatego albo produkują z materiałów recyclingowanych albo/i używają wyłącznie surowców fair trade, albo/i wspomagają uchodźców... Co firma, to inny sposób na biznes odpowiedzialny społecznie.

Ceny? Przystępne. W Fiu Fiu permanentnie trwa jakaś wyprzedaż, więc po sesji miętoszenia "militarnego" płaszczyka za jakąś kosmiczną sumę wspięłam się na piętro - a tam wszystko przecenione o 50% i więcej. InFashion z natury rzeczy jest outletem, a więc nie oferuje pełnych kolekcji, w zamian oferując niewysokie ceny. Ale i tu także jest dział z wyprzedażą. W obu sklepach są też buty, dodatki, biżuteria, czasem nawet kosmetyki organiczne.

Akurat teraz z różnych powodów nie mogę sobie pozwolić na całkowitą wymianę garderoby w szafie, ale podczas przyszłorocznej wyprzedaży letniej zamierzam przerzucić się całkowicie na ciuchy ze Skandynawii. Czas pożegnać marne okrycia z polyestru. Czas porzucić zarowo-haemowe mrzonki o wiecznym byciu dziewczyną. Jestem kobietą. Coraz bardziej.

piątek, 05 listopada 2010
Duża sprawa
Znalazłam sobie niszę ekologiczną. Z racji tego, że na blogach modowych pisze się na ogół o tym, co jest modne i ważne teraz, względnie o tym, co modne dopiero będzie - ja postanowiłam, że od czasu do czasu poględzę trochę o przeszłości. W końcu trochę już tej przeszłości widziałam.

Dzisiaj do wspomnień kombatanta sprowokowała mnie specjalna sekcja strony internetowej włoskiego Vogue'a. Piękne zdjęcia, cudowne stylizacje, a wszystko to w wykonaniu modelek plus size, czyli nieco okrąglejszych niż pozwala na to anorexia nervosa. Oglądałam zafascynowana - mimo że nie jestem jakoś strasznie oburzona na ten okrutny świat mody, który każe normalnym, ładnym dziewczynom zrzucać nagle jedną trzecią swojej wagi. Rozumiem i akceptuję, że niewidomy nie zostanie architektem, a nie dość chuda dziewczyna nie ma szans zostać modelką. Z drugiej strony... jak wiele pięknych twarzy i prawdziwych osobowości marnuje się w ten sposób. Oczywiście, istnieją Lizzie Miller oraz Crystal Renn, ale funkcjonują raczej na marginesie przemysłu modowego. I tak pewnie zostanie jeszcze długo.

Była jednak kiedyś dziewczyna, która zrobiła w tym światku prawdziwą karierę, choć chudzielcem nie była. Zapewne większość z was nie pamięta, kim była Marthe Lagache. Pamiętam, że przeczytałam o niej po raz pierwszy w "Kobiecie i życiu" (magazynowy bestseller kobiecy lat 80, jako pierwszy zamieszczał porady dotyczące seksu oraz kącik plotkarski - zastępczynią naczelnej była tam późniejsza szefowa Twojego Stylu, Krystyna Kaszuba), a było to coś koło 1987 roku. (I nie pytajcie proszę, po co dziecku czytanie takich gazet, bo nie wiem - fakt faktem, że podbierałam je mamie, a gdyby w Polsce istniał wtedy jakiś Vogue, to też bym go pewnie podbierała.)

Otóż Marthe Lagache była pierwszą naprawdę znaną modelką plus size - słodką, wesołą, roztańczoną i normalną. Zaczęła chodzić na wybiegach u Jean Paula Gaultiera, a potem także dla Thierry'ego Muglera i Dresa van Notena. Zauważono ją przypadkiem - studiowała projektowanie mody i w ramach pokazu dyplomowego przeszła się po wybiegu. Była kompletną amatorką. Nosiła bardzo wysokie obcasy, na których czuła się trochę nieswojo - zaczęła więc tańczyć, żeby dodać sobie odwagi. To zachwyciło publiczność. Nie bez znaczenia był fakt, że w latach 80 z sentymentem wspominano lata 60... a symbolem lat 60 była Marylin Monroe, do której Marthe była trochę podobna. No i się zaczęło... Dziewczyna zrobiła furorę do tego stopnia, że pisały o niej wszystkie gazety, także niektóre polskie, co za żelazną kurtyną nie było takie oczywiste. Jej buzia zdobiła okładkę The Face (kolejny legendarny magazyn lat 80) w lipcu 1986 roku:
Marthe szczyciła się rozmiarem 42 i wałeczkami na brzuchu. Po latach wspominała, że praca modelki idealnie wyleczyła ją z kompleksów. W trakcie pracy zdarzyło się jej spotkać Carlę Bruni (wtedy koleżankę po fachu), która zresztą przyznała, że zazdrości jej okrągłego, apetycznego ciała. Karierę zakończyła pod koniec lat 80, ale w modowym świecie pozostała do dziś - pracuje, szukając odpowiednich "miejscówek" na pokazy mody dla największych kreatorów.

A ja niedawno przeczytałam, że dzisiaj już rozmiar 38 jest uznawany za nadwagę, i to nie tylko w świecie modelek. Chyba powinnam się gdzieś schować ze wstydu. Z drugiej strony Beth Ditto (100 kilo żywej wagi) zawędrowała na okładkę Love. Nie macie poczucia, że popadamy ze skrajności w skrajność? Z jednej strony chudzielce o niezdrowym wyglądzie, zaawansowany fotoszoping, z drugiej chorobliwie otyłe olbrzymki. A gdzie są normalne dziewczyny - takie pomiędzy 38 a 40? Tylko we włoskim Vogue'u? Szkoda...