Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
niedziela, 28 marca 2010
Odcinek sto siódmy, w którym nasza bohaterka podróżuje wehikułem czasu
Dawno, dawno temu, kiedy nie było jeszcze haemu, a SJP oznaczało Słownik Języka Polskiego, a nie Sarah Jessika Parker... W tych dawnych czasach w małym miasteczku na końcu świata żyła sobie mała Morven. Był początek lat dziewięćdziesiątych, a nasza bohaterka zdawała egzaminy do liceum - w pseudosatynowej bluzce i prostej, szarej spódnicy. Dwadzieścia lat później trochę starsza (ale w dalszym ciągu raczej nikczemnego wzrostu) Morven oddawała się jednej ze swoich ulubionych rozrywek, a mianowicie wykonywała seans spirytystyczny przy starej szafie. Stara szafa w domu rodziców była czymś w rodzaju morvenowego Archiwum X. Wrzucało się tam stare, dawno nie noszone rzeczy - sukienki, bluzki, bluzy. Potem się je wyciągało, oglądało krytycznym okiem. W jedne Morven ciągle się mieściła, w inne nie, niektórym fundowała poprawki krawieckie, naszywki, skracanie, wydłużanie. Pojawiały się wspomnienia i trochę przemyśleń - moda to cudowne zjawisko, bo wraca.

Żarty na bok. Ja naprawdę zdawałam egzaminy do liceum w tej bluzce. Nie wiem, jakim cudem ciągle się w nią mieszczę. Mama mówi, że to dlatego, że nie urosłam, bo nie piłam mleka.

Spódnica - Zara, 29 zł
Bluzka - zabytek ;-)
Torba - Zara, 99 zł
Pasek - Topshop, 59 zł
Buty - H&M, 63 zł
PS. A tak poza tym, to przeżywam okres niechęci do szafowania... Wiecie, jak to jest z tymi wehikułami czasu. Nie wiadomo, gdzie mogą człowieka zabrać. Wraca wiosna, znowu obieram kurs na chaszcze i lasy. Pachnie ziemia, pachnie wiatr, dym unosi wspomnienie spraw znacznie ważniejszych niż zawartość szafy. Nie zdziwcie się, jeśli zniknę na jakiś czas. Poczekacie?
piątek, 19 marca 2010
Na powitanie wiosny
Zauważyłam u siebie ciekawą prawidłowość. Na sukienkę nigdy nie wydałam więcej niż 200 zł, ale na okrycia wierzchnie - kurtki, płaszcze - wydaję bez mrugnięcia okiem kwoty, które gorszą innych i każą im podpowiadać mi lepsze w ich mniemaniu sposoby na wydanie pieniędzy. Może to mój mechanizm racjonalizacji - sukienki mają krótki żywot, zmieniają się fasony i mody, ale płaszcze i kurtki faktycznie noszę latami. Kilkaset złotych wydanych w Green Establishment traktuję więc raczej jak inwestycję. No i jakoś przecież trzeba zagłuszyć te wyrzuty sumienia ;-)

Ubrałam się, pstryknęliśmy fotki, wstawiam notkę na bloga i zaraz wyjeżdżam na południe Polski celebrować nadejście wiosny. Po takiej zimie trzeba będzie porządnie utopić marzannę, żeby mróz i śnieg nie odważyły się wracać. A w niedzielę spotkam się w Krakowie z innymi szafiarkami - już się na to cieszę :-)

Płaszcz - Green Establishment, 410 zł (przeceniony z 980 zł)
Rajstopy - prezent
Buty - Giudi, 159 zł
Torebka - ciuchland, 15 zł
Szalik - Reserved, 29,90 zł
poniedziałek, 15 marca 2010
Krok w chmurach
Wiem, że ostatnio jest tu więcej refleksji modowych niż stylizacji, ale cóż, jakoś mnie wzięło na przemyślenia i taki jest efekt :-)

Kilka tygodni temu temu odszedł z tego świata Alexander McQueen. W pierwszej chwili cierpko i niegrzecznie skomentowałam tę śmierć na blipie. A odchodź sobie, pomyślałam, chory szaleńcu, który traktowałeś kobiece ciało wyłącznie jako rekwizyt. Który własne wizje realizowałeś na ludziach, będących dla ciebie niczym więcej jak geometryczną bryłą zawieszoną w próżni, plastikowym manekinem - bez czucia, bez grawitacji. Kto nosiłby takie dziwaczne suknie? Kto normalny założyłby takie buty?

Potem przyszła refleksja. Nie tylko na temat majestatu śmierci, w obliczu której należy zamilknąć. Pret a porter czy haute couture? Wielki teatr, nieograniczona niczym wyobraźnia czy prozaicznie nierówny chodnik warszawskiej (ok, niechby nawet paryskiej, londyńskiej) ulicy? Moda jako sztuka przez wielkie S czy poczciwa, oswojona sztuka użytkowa? Rzeczy dziwaczne, ale podkreślające wyjątkowość, czy wygodne, a przez to prawdziwe? Zanurzenie w królestwie wyobraźni czy chłodny powrót do rzeczywistości?

Zaczęłam jeszcze raz oglądać pokazy McQueena, jego kolekcje na style.com. Chyba po raz pierwszy świadomie. Zrozumiałam, że sama nigdy nie będę obiektem, na którym zawiesi się przedziwną, wielopiętrową suknię - ale bardzo chciałabym być. Nie po to, aby nosić ją codziennie, ale aby celebrować modę jako święto. Bo jak na co dzień po prostu pijemy mleko i smarujemy chleb masłem, tak czasami idziemy na wytworną kolację z szampanem. Bąbelki ulatniają się, a wspomnienie szaleństwa zostaje - jako inspiracja w codzienności.

Blogi szafiarskie czy te z modą uliczną dzielą się na dwa rodzaje. Jedne pokazują autentyczny styl, inne są wiecznym poszukiwaniem. Bywa, że są odrealnione - próbują zmierzyć się z modowym teatrem w mikroskali, i są za to atakowane. A ja nagle zrozumiałam, że blogi nie mają pokazywać, jak ludzie naprawdę się ubierają, a w każdym razie nie tylko. To nie film dokumentalny. One mają inspirować, wywoływać emocje. Trochę jak lifestylowy magazyn. Dobry blog z tego drugiego rodzaju to nie jest typowy "personal style diary", ale raczej kronika typu "ja vs moda". Taki blog jest odrealniony, ale zawsze nienagannie estetyczny.

Nie można krytykować osób, które chcą zagrać w tym teatrze. Może nie stworzą wybitnej roli, ale każda próba jest godna pochwały. Tak, jak nie można krytykować muzyków za to, że nagrywają płyty w nienagannie wyposażonym studiu, inwestują w produkcję i remastering dźwięku, zamiast wiecznie pielęgnować "prawdziwą" codzienność garażowego grania i zachowywać na nagraniach każdy niepotrzebny szmer. Tylko jak to tłumaczyć tym, którzy ekscytują się każdą możliwością przyłapania aktora poza rolą, poza teatrem, w prywatnej przestrzeni? Najprościej powiedzieć: "Ona wcale się tak nie ubiera". Albo o gwieździe napisać tonem demaskatorskim, że tak naprawdę ma zmarszczki i jada bigos w barze. Trudniej zrozumieć, że moda i sztuka to teatr, dziwactwo, królestwo wyobraźni. Czasami.

"This is your last chance. After this, there is no turning back. You take the blue pill - story ends, you wake up in your bed and believe whatever you want to believe. You take the red pill - you stay in Wonderland and I'll show you how deep the rabbit-hole goes."

Którą tabletkę wybierasz?
poniedziałek, 08 marca 2010
Kronika wypadków fryzjerskich
Kiedy pan fotograf uchwyci kontemplującą słońce modelkę wpół ruchu, kończy się to tak:

A włosy? To dla mnie jedna z wielkich tajemnic wszechświata. To, że co jakiś czas napada mnie na farbowanie i radykalne cięcia, to normalne - byłam już blondynką, szatynką, rudzielcem, czerwonowłosym rudzielcem, z fryzurą długą, średnią, krótką, bardzo krótką. Ale że na ideę fryzjerskiego szaleństwa w tym samym czasie, bez żadnych uzgodnień wzajemnych, wpadają jednocześnie cztery szafiarki (Baglady, Blu, Ryfka i ja), to jest to dowód spisku wiadomych sił i działania słynnej szafiarskiej telepatii ;-) Za chwilę napiszą o nas, że jesteśmy kserolaski.
A w ramach bonusa mały materiał poglądowy. Jak widać, niespokojny duch nie pozwala mi zbyt długo przypominać samej siebie.


Kurtka - TopShop, 609 zł
Sukienka - H&M, ciuchland, 20 zł
Buty - Giudi, 159 zł
Kolczyki - zrobione przez Olę, 7 zł