Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
poniedziałek, 23 maja 2011
Jestem czekaniem
Czekam. Odliczam. Mylę się, odliczam jeszcze raz. Nigdy nie byłam dobra w liczeniu.

A im dłużej czekam, tym bardziej narasta potrzeba grafomanii podlanej nazbyt emocjonalnym sosem, więc może lepiej nic, może po prostu będę robić to, co dotąd - upiję się zapachem kwitnącego parku, zmrużę oczy patrząc na słońce, posłucham krzyku sikor i szpaków, wzruszę się byle czym, pośmieję się i popłaczę. Otworzę kolejną mądrą książkę. I po raz tysięczny obejmę brzuch obiema rękami.

Unsure of what the balance held
I touched my belly overwhelmed
by what I had been chosen to perform

Lauryn Hill







Autorką zdjęć jest Ania Pińkowska (szerzej znana jako Villk), czyli 1/2 fotokolektywu Bubble Factory. Dziękuję!

P.S.Żeby nie było wątpliwości - nie znoszę typowych sesji "brzuszkowych", z wydumanymi studyjnymi pozami i obowiązkowym serduszkiem z dłoni na brzuchu.
niedziela, 15 maja 2011
Bilans trzylatka
Przedwczoraj mój blog skończył trzy lata i mimo, że częstość notek nie jest oszałamiająca (zresztą, czy kiedykolwiek była?), to jeszcze jakoś funkcjonuje. Przestałam mieć złudzenia, że mogę nazywać go blogiem modowym, bo jaka tam ze mnie fashionistka? O modzie lubię czytać i pisać. Ubierać się też lubię - nawet bardzo. Dbam o siebie, przed wyjściem z domu nie zapominam spojrzeć w lustro. Ale żeby być jakąś tam ekspertką? Trendsetterką? Bywalczynią modowych wydarzeń? Wiązać się zawodowo z tym najdziwniejszym z najdziwniejszych światków? Nie, zdecydowanie nie.

Kiedyś nawet żałowałam, walczyłam... ale rywalizacja z blogami dziewczyn z pierwszych lat studiów, albo takich, dla których bez trudu mogłabym być matką, była sprawą z góry przegraną. Nie jestem nastolatką. Już nie będę miała TEJ figury. TEJ twarzy. Już nie pasują mi te same ubrania. Już nie tracę głowy w H&M. Próby ubierania się jak ktoś młodszy nie mają sensu. Środowisko szafiarskie też już nie takie jak kiedyś. Nie pasuję tu. Chcę się ubierać sama dla siebie, nie dla innych, nawet jeśli wygląda to dla kogoś groteskowo. Ale blog będzie sobie funkcjonował, i dopóki ktoś tu zagląda, znajduje tu coś dla siebie, zapewne będę robić zdjęcia i pisać.

Przy okazji chciałabym poświęcić parę słów krytyce. Nieraz się tu pojawiała. Zawsze mnie zadziwiało, jak radykalnie cenzurki potrafią wystawić innym ludzie, którzy nie znają osobiście obiektu krytyki. A przecież wszystko, nawet błąd - jeśli popełniany uporczywie i świadomie - z czegoś wynika. Więcej - to, co wiele lat temu uważano za błąd, grzech i przewinienie, dziś święci triumfy. Myślałam o tym wiele razy, aż w końcu przypomniałam sobie pewną mądrą historię, przytoczoną w książce Marii Kann "Dziewięć bied i jedno szczęście". Książka mało znana, a historyjka wiecznie aktualna i wielu osobom może pomóc, bo liczba ludzi gotowych usłużnie dokopać innym niestety nie maleje.

"Pewien wariat wmówił sobie (...), że jest słowikiem. Zaczął się obawiać kotów. W szpitalu psychiatrycznym lekarze powiedzieli mu z powagą, że potrafią go uleczyć. Po prostu wytną mu to wszystko, co jest z natury słowicze. Wariat wyraził zgodę na operację. Kiedy obudził się z narkozy, pokazano mu świeży szew na skórze.
- O, widzi pan, to jest szew pooperacyjny. Zabieg się udał, nie jest Pan już słowikiem.
- I mogę bez obawy wrócić do domu?
- Ależ oczywiście.
Ucieszony pacjent zabrał swoje rzeczy i wyszedł. Jakież było zdumienie lekarzy, kiedy znów stanął na progu gabinetu.
- Czy pan czegoś zapomniał?
- Nie, tylko przestraszyłem się.
- Czego?
- Na schodach ganku siedzi kot!
- Co z tego? Przecież pan wie, że jest pan człowiekiem, a nie słowikiem.
- Ja wiem, ALE CZY KOT WIE?"

Reasumując, jeśli człowiek zdaje sobie sprawę, że nie jest słowikiem, niestraszny jest mu żaden kot. Tego życzę wam i sobie. Róbcie swoje. Bądźcie mądrzejsze i silniejsze niż anonimowi, niezalogowani nieszczęśnicy z nieznanych numerów IP.
czwartek, 12 maja 2011
Mama pracująca
Lubię swoją pracę, zwłaszcza odkąd zmieniłam ją na lepszą i bardziej przyjazną :-) W firmie żartowano sobie, że będę pisać maile jeszcze z sali porodowej. Ostatnio wprawdzie zwolniłam nieco tempo, ale to już chyba nikogo nie dziwi - lada moment zaczynam dziewiąty miesiąc ciąży i poruszanie się sprawia mi coraz większą trudność. W końcu noszę w sobie ponad dwa kilogramy małej dziewczynki, że o innych przyległościach nie wspomnę ;-) Ale jeszcze czasem znajduję siłę, żeby zrobić kilka zdjęć. Tak wyglądałam pewnego dnia w zeszłym tygodniu w pracy. Zdjęcia powstały oczywiście w pobliżu domu.

Taaak. Tym razem już nie da się ukryć, że nabrałam gabarytów młodego słonia. Dla porównania, tak wyglądałam, kiedy nosiłam tę sukienkę przed ciążą. A teraz... cóż, w każdym razie sukienka okazała się cudownie wygodna i idealnie elastyczna.

A swoją drogą moją ostatnią notkę musiały chyba przeczytać dobre wróżki, bo coś jakby drgnęło. Nie łapię tylu pogardliwych spojrzeń, więcej osób mi ustępuje, a wczoraj nawet pan strażnik przy bramie Królikarni (gdzie czekałam na koleżankę) podsunął mi krzesełko :-)

Sukienka - ciuchland
Wisiorek - C&A
Buty - Deichmann
Torebka - ze swapu
Żakiet - Zara