Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
sobota, 31 lipca 2010
Niepraktyczna i chaotyczna
O czym myślicie, przebijając się przez poranne korki? Ja obserwuję ludzi. Bywa, że oceniam ich stroje i makijaż - nie byłabym sobą, gdybym nie wyzłośliwiała się w duchu. Taka już jestem. Może jednak wygląd nie jest do końca naszą winą ani zasługą? Może determinuje go miejsce, w którym mieszkamy?

Ona była dojrzałą kobietą po przejściach, a ja nieopierzonym pisklakiem. Był początek lat 90. Telepiąc się i ściskając w ręku kawałek zimnej pizzy obserwowałam jej wschodni brzeg z okna pociągu. Byłam modna inaczej. Miałam przy sobie pożyczony harcerski plecak, nosiłam ohydne, za duże dżinsy, przyciasnego tiszerta i męską marynarkę. Tak ubrana zaczynałam nowe życie. Gdyby ktoś mnie wtedy zobaczył, powiedziałby na pewno, że nadrabiam miną i próbuję być oryginalna na siłę. Dobrze, że nie było wtedy modowych szpiegów, blogów i paparazzi. Nieźle by mnie objechali.
Na Dworcu Centralnym uderzył mnie zapach moczu, przypalonych zapiekanek i widok dziewczyn w długich do kostek spódnicach z guziczkami. Aha, to tak trzeba wyglądać. Pokopię w lumpeksie. Zaraz, w jakim lumpeksie. To jest WIELKIE MIASTO. Tu pewnie nie ma lumpeksów. Zaszurałam nogami, pogmerałam w plecaku, wyciągnęłam skierowanie na uczelnię. W dziekanacie odebrałam przydział do akademika, a po drodze kupiłam jeszcze bilet do teatru. Wsiadając do tramwaju dostrzegłam kątem oka blaszane budki. Hurra, jednak jest lumpeks! Radosna jak szczeniak przeszłam na drugą stronę ulicy i niewiele myśląc rozchyliłam kotarę w pierwszej z brzegu obskurnej budce, aby z całym impetem wetknąć nos w rząd sztucznych penisów. Tak, wielkie miasto jeszcze nieraz miało mnie zaskoczyć.
Przez następne lata poznawałam ją coraz lepiej, a ona poznawała mnie. Nabrałyśmy dla siebie nawzajem wielkiej czułości. Moje świeże upierzenie zmieniało się wraz z kolejnymi modami, sklepami i przypływami stypendiów. A dziś, jadąc codziennie (wciąż jeszcze) do pracy do szklanego wieżowca w centrum, nie przestaję się zastanawiać - gdyby Warszawa była ciuchem, to jakim? Czy garniturem biznesmena, który przybył właśnie służbowo na bardzo-ważną-konferencję? Czy martensami długowłosego chłopaka, przemykającego pasażem Wiecha w stronę Rotundy? Czy ogromną torbą studentki, biegnącej Nowym Światem na zajęcia? A może bistorową suknią starszej pani, kupującej warzywa i kwiaty na targowisku koło Hali Mirowskiej? Zmieniamy miasta, w których mieszkamy, ale w jaki sposób miasta zmieniają nas samych?
Wiem jedno: gdyby Warszawa mogła sama się wystroić, z pewnością jej sukienka migotałaby setką kolorów. Jej styl nie dałby się zaszufladkować. Ona byłaby po prostu jedyna w swoim rodzaju, brzydka i piękna, odważna w łamaniu konwencji, niepraktyczna i chaotyczna. Jak my, jej adoptowane dzieci.

P.S. Powyższa notka, tak zupełnie „nieszafiarska”, ukazuje się tu nieprzypadkowo – już jutro 1 sierpnia. Dedykuję ją mojemu ukochanemu miastu, które – jak ja – z każdej życiowej katastrofy powstaje coraz silniejsze.

A poniżej zupełnie niezobowiązujący i bardzo subiektywny suplement - przegląd tych miejsc w Warszawie, do których nie zaglądają turyści, a ja owszem:

Plac Grzybowski - środek dawnej dzielnicy żydowskiej. Na starej kamienicy wspomnienia po tych, którzy kiedyś nadawali charakter tej części miasta.

Ulica Waliców. Ta kamienica miała szczęście i również ocalała. Dwa lata temu powstał na niej mural, którego autorem jest Wiktor Malinowski.

Wola, ul. Kasprzaka.

Wola, cerkiew przy ul. Redutowej. 15 minut tramwajem od mojego domu. W pobliskim parku robię większość zdjęć na bloga :-)

Rondo Wolnego Tybetu przy skrzyżowaniu ulic Prymasa Tysiąclecia i Kasprzaka; moja ulubiona lodziarnia przy ul. Chłodnej; Biedronka i koronkowa "biżuteria dla miasta", obie przy ul. Jasnej i obie stworzone przez warszawską boginię streetartu, czyli Nespoon.

Ulica Mokotowska - jeden z licznych lokali Magdy Gessler. Najlepsze ciacha w mieście.

Autorem wszystkich zdjęć jest Paweł "Arim" Pruszkowski, który także zaprasza do odwiedzenia Warszawy :-)
niedziela, 25 lipca 2010
Ameth
Prawie miesiąc temu podjęłam ważną i trudną decyzję - o rezygnacji ze stabilnego zatrudnienia i przejścia na freelancing. To była prawdziwa rewolucja, ale natychmiast stanęła przy mnie solidarna armia aniołów stróżów. W chwilach, kiedy wracały wątpliwości, natychmiast któryś się pojawiał. Pierwszego dnia potrzebowałam czerwonej szminki, aby dodać sobie odwagi. Pięć minut później zagadnęła mnie E. Dzięki niej jeszcze tego samego dnia miałam czerwoną szminkę w intensywnym, hollywoodzkim odcieniu. Potem zaczęły do mnie spływać maile i telefony - gratulowano mi decyzji i odwagi. Zanim minął tydzień, odezwały się do mnie kolejne osoby, a każda miała propozycję pracy, współpracy lub innej pomocy. Co więcej, wciąż ktoś się do mnie w tej sprawie odzywa - zwykle na blipie. Przestałam więc bać się widma śmierci głodowej oraz wizji bezrobotnej żony przy mężu - realizuję właśnie pierwsze zlecenie :-) Niewielkie, ale dodające wiary w siebie. Zaczęłam też znowu pisać :-)
A pod koniec szalonego tygodnia napisała do mnie D. "Wiem, że u Ciebie zmiany, dlatego zmodyfikowałam trochę pomysł naszyjnika". Projekt różnił się od tego, co początkowo sobie założyłyśmy, ale pasował idealnie - złoty topaz, oprawiony w oksydowane srebro. D. nadała mu nazwę Ameth, co w języku Sindarin oznacza tarczę. Nie było lepszego momentu na jego przybycie.

Noszę Ameth przy sobie jak najcenniejszy amulet. Ale nosząc go wiem, że to nie on, ale wy jesteście moim amuletem, a on jest tylko symbolem mojego ukochanego skarbu - ludzi. Dziękuję wam (Małgosia, Beata, Paulina, Marta, Drakonaria, Ania, Bronek, Dominik - to do was) i życzę, abyście zawsze, a zwłaszcza w najbardziej przełomowych momentach, mieli kogoś, kto doda wam otuchy i podaruje czerwoną szminkę.

Buty - F&F, 39 zł
Sukienka - kolejna, wygrzebana ze starej szafy, uszyta przez ciocię ok. 20 lat temu
Wisiorek od Drakonarii - bezcenny
niedziela, 18 lipca 2010
Sowa weekendowa
Nie mam pojęcia, co napisać. Czasem tak bywa. Szukasz słów, a przychodzą same banalne: założyłam to i to, kupione tu i tu. Jakie to ma w gruncie rzeczy znaczenie?

Ponieważ słowa uciekły na wakacje i wrócą, gdy same zechcą (eksploatowałam je przez cały weekend - należy im się chwila oddechu), oddaję głos jednej z moich ulubionych poetek, Małgorzacie Hillar:

O sowie

Zziębnięci
pod przydrożną kapliczką
w noc
kiedy fiołki z zimna dygocą
zawijali się szczelnie
ciepłem swoich ramion

Wiatr strącał im
na głowy gwiazdy
które osiadały
we włosach jak szron

Zazdrościli Matce Boskiej
patrzyła słuchała
wyszła z kapliczki
iść im ze sobą kazała

[...]

Do stodoły
ciepłej i złotej
jak słoma

Matka Boska
sowę wrzeszczącą
z dachu zdjęła

Odeszła uśmiechnięta
ze zgorszoną sową
pod pachą




Na najbliższy tydzień życzę wam... bardzo wielu zgorszonych sów :-)

Tiszert - H&M, 39.90 zł
Spodnie - H&M, 10 zł, kupione z drugiej ręki (tak, to te słynne "dziadkowe" - to się nazywa mieć spóźniony zapłon)
Torba - Zara, 99 zł
Drewniaki - Zara, 269 zł
Kolczyki - zdobyte na swapie, 2 zł

A tu sowi suplement ;-)
poniedziałek, 12 lipca 2010
Even flow, thoughts arrive like butterflies
Jestem zdecydowanie najleniwszą z szafowych blogerek - od powrotu z Openera minął tydzień, a ja dodaję nową notkę dopiero teraz. Ponieważ na samym festiwalu nie zrobiliśmy kompletnie żadnych zdjęć (zakaz wnoszenia na teren imprezy jakichkolwiek aparatów lepszych niż 5mpx), ubrałam się wczoraj identycznie i pstryknęliśmy szybką sesję w celach szafiarsko dokumentacyjnych.

Co do samego festiwalu: było dokładnie tak, jak się spodziewałam. Lans srans, pustka owinięta w złoty papierek, miedź brzęcząca, cymbał brzmiący. Jestem z Warszawy, więc na szczęście mam na to włączony wysoki poziom tolerancji. Ale było też gorąco, plażowo, wakacyjnie. Wzruszająco, gdy w czwartek z dużej sceny popłynęły w przestrzeń pierwsze dźwięki "Even flow". Spontanicznie i radośnie, gdy pod namiotem jam sessionowym młodzi gitarzyści popisywali się umiejętnościami. Chłodno i cicho, gdy patrzyliśmy w gwiazdy przed sceną namiotową, słuchając Archive. Energetycznie, gdy Marika porywała gości festiwalowych do tańca (miała trudne zadanie, jej koncert był ostatnim w ogóle).
A za rok obowiązkowo wracam do Gdyni (w tym miejscu Arim zawsze dodaje, że to zależy od line'up-u).

P.S. Jak wam się podobają moje drewniaki? Ja zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia, ale wiem skądinąd, że to  najbardziej kontrowersyjny trend sezonu. Sprawiają groźne wrażenie, ale są wygodne jak kapcie. Wyjąwszy rzecz jasna chwile, kiedy obcasy toną w piachu.

Kombinezon - allegro, 69 zł
Wisior - Glitter, 35 zł
Drewniaki - Zara, 269 zł
Pasek - zabrałam Arimowi