Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
środa, 27 sierpnia 2008
Hej ho!
...do pracy by się szło!
Przez internet przetoczyły się w ostatnim czasie wielkie dyskusje, czy szafiarki naprawdę ubierają się tak, jak widać na zdjęciach? Wyłączywszy absurdalne uwagi o lansowaniu H&M czy wybiegach w Sudanie, każda z tych dyskusji mimo wszystko dała mi do myślenia. Do tej pory prezentowałam w swojej szafiarni raczej radosną twórczość, zestawy weekendowe. Wprawdzie każdy z zestawów naprawdę nosiłam lub zamierzam włożyć przy jakiejś odpowiedniej okazji, ale... nie da się ukryć, że nie co dzień jest sobota, a ja większość czasu spędzam raczej w pracy. I to w specyficznej pracy, gdzie dresscode nie jest może przestrzegany bardzo rygorystycznie, ale jednak jakiś tam jest.
Proszę bardzo, oto ja w wersji profesjonalnej. Do wyboru, do koloru. Wersja pierwsza, grzeczna uczennica:

To zdjęcie miało wyglądać inaczej. Na kilka dni przed sesją gorączkowo szukałam w sklepach pingli nerdowych (np. takich jakie nosi Ryfka) i nie znalazłam. Ponieważ jednak noszenie *jakichś* okularów od zawsze było moim marzeniem (a tu jak na złość dobry wzrok ;-) ), pożyczyłam je od swojego faceta.
Hint dla moich potencjalnych wielbicieli: uwielbiam okularników ;-)

Sandałki zapewne rozpoznajecie, to te same, które miałam na stopach na moich pierwszych szafiarskich zdjęciach. W tej chwili mogę już oficjalnie ogłosić, że był to strzał w dziesiątkę i najbardziej eksploatowane buty tego sezonu (mimo posiadania w szafie dziesiątek innych par). Zdarłam je dokumentnie, co widać na zdjęciu. Aktualnie funduję im ostateczne dożynki i straszliwie żałuję, że nie kupiłam od razu dwóch par.
A na tej fotce udaję, że pracuję. Zielona bluzka to jeden z moich ulubionych ciuchów - może z powodu delikatnych groszków, może z powodu kokardy?


Oba zestawy są tak prawdziwe, że już prawdziwsze być nie mogą. Stanowią autentyczną dokumentację i próbkę mojego codziennego wyglądu. Może nie są jakieś strasznie odkrywcze i wystrzałowe (choć oczywiście, ubierając się do pracy, staram się uwzględniać aktualną modę, dodać sobie koloru, dorzucić jakiś zapamiętywalny szczegół...), ale cóż, trudno, that's just me.
A teraz trochę szaleństwa. Wariacja na temat klasycznego biurowego garniturka, czyli nieśmiertelnego zestawu czarne spodnie+czarna marynarka+biała bluzka. Akurat to jest bardziej przebranie niż ubranie, ale jeśli odejmie się melonik (moje ostatnie odkrycie, noszone w wielu dziwnych konfiguracjach) i krawat, to otrzymujecie kolejną wersję korpo Morven.


Ciąg dalszy nastąpi.

Zestaw 1:
bluzka - Reserved, 99 zł
spodnie - Zara, 69 zł
buty (widać je dopiero na zbliżeniu) - H&M, 29 zł
okulary - a któż to wie ;-)

Zestaw 2:
bluzka - Next, 44 zł
ołówkowa spódnica - C&A, 50 zł
baleriny - Street, 39 zł
kolczyki - prezent

Zestaw 3:
spodnie - Zara, 69 zł
koszula - H&M, 59 zł
marynarka - H&M, 99 zł
melonik - allegro, 39 zł
buty - Ryłko, 250 zł
krawat - prezent od teścia :-)

P.S. Następny wpis prawdopodobnie dopiero za około 3 tygodnie - z powodu wyjazdu fotografa :-(
wtorek, 19 sierpnia 2008
Voila!
Zaczęło się od pomysłu Banany, która na swoim blogu napisała:
"19 sierpnia Coco Chanel, twórczyni garsonki i najsłynniejszych perfum na świecie, skończyłaby 125 lat. To ona sprawiła, że luksus stał się równoznaczny z wygodą - wyśmiała gorsety, ścięła włosy, przyszyła kobiecym strojom kieszenie i na zawsze zrewolucjonizowała modę. Warto uczcić jej urodziny. Najłatwiej będzie to zrobić, udowadniając, że idee Coco nadal są żywe. 19 sierpnia pokażmy światu własne wersje słynnej małej czarnej sukienki Chanel!"
Coco Chanel? Mała czarna? Świetny punkt wyjścia, ale ja postanowiłam pójść krok dalej i prezentuję dziś zestaw inspirowany nie tylko Chanelką, ale i Francją. Coco była jednostką wybitną, ale atmosfera jej rodzinnego kraju, uchodzącego za ojczyznę mody, na pewno pomogła się jej wybić.
A oto moja mała czarna i odrobinka Francji elegancji:


Jeśli ktoś ma ochotę i dobry wzrok, może sobie poczytać moją apaszkę ;-) Vive la France!


Sukienka - H&M, 20 zł (wyprzedaż, ach wyprzedaż...)
apaszka - ciuchland, 10 zł
torebka - ciuchland, 15 zł
buty - ciuchland, 15 zł
bransoletka - Avon, 30 zł
piątek, 15 sierpnia 2008
Dr Quinn ;-)
Tym razem w roli głównej kuferek i spódnica z Zary w kolorowe mazaje (tak, pokochałam trend malarski). No i perły, których nie dało się niestety dobrze sfotografować. Nie wiem, czy to wina mojego głupiutkiego aparatu, czy odbijającego się światła, czy naszych słabych umiejętności technicznych? Te perły są dla mnie wyjątkowe z kilku powodów. Po pierwsze, są prawdziwe, wydobyte z morza w pobliżu wybrzeży Hiszpanii, nie żadna imitacja. Po drugie, należały kiedyś do mojej babci. Po trzecie, miałam je na szyi, kiedy brałam ślub.

Moją ukochaną modową dekadą są lata 50 i wciąż próbuję je "cytować" w swoim wyglądzie w taki czy inny sposób. Rzecz jasna "cytat" nie oznacza dosłownego przebrania, choć i to mi się marzy. Czy nawiązanie do tego okresu mi wyszło - oceńcie sami.


Spódnica - Zara, 149 zł
Kuferek - ciuchland, 20 zł
Balerinki - H&M, 39 zł
okulary - H&M, 25 zł
top - ciuchland, 5 zł
pasek - H&M, 29 zł
niedziela, 10 sierpnia 2008
Zdobycze lizbońskie, część 1
...czyli chwalę się.
Swoje ciuchowe zdobycze ustrzeliłam na wielkim targu na Alfamie. Kupiłam tam krótkie spodnie (pokażę je w następnej części), spódnicę i wisiorek. Za spódnicę i spodnie łącznie zapłaciłam 25 euro - każdy z ciuchów kosztował osobno 15 euro, ale 5 udało mi się utargować. Koło wisiorka czaiłam się długo, ale w końcu się jednak zdecydowałam. Liczyłam, że zdobyczy będzie więcej, ale ceny w secondhandach mnie zabiły.

Ze spódnicą sprawa jest śmieszna - pokazuje, jak czasami rządzą nami impulsy. Zazwyczaj nie lubię geometrycznych wzorów (kolekcję Marimekko w H&M starannie ominęłam, nawet kiedy już wisiała smętnie na wyprzedaży), a ta spódnica mnie oczarowała. Po prostu uśmiechała się do mnie z wieszaka, wyglądając spomiędzy swoich braci i sióstr (było jeszcze wiele podobnych spódnic, szortów i bluzek, choć żaden ciuch nie był identyczny). Znacie to uczucie? Na szczęście okazało się, że nie kosztuje fortuny, a sprzedająca i projektantka w jednej osobie mówi po angielsku (co w Portugalii absolutnie nie jest oczywiste). Mam jeszcze jedną satysfakcję - choćbym nie wiem ile utyła lub schudła, ta spódnica zawsze będzie na mnie dobra, bo ma wpuszczone troczki i można ją dostosować do własnych wymiarów. Małe, a cieszy.


Co tu dużo kryć, ten ciuch jest od tygodnia - odkąd wróciłam - moim ubraniowym przebojem. Zwykle noszę do spódnicy czarny bawełniany top (co widać na zdjęciu), który jest idealną bazą - pasuje do wszystkiego. Jeśli jest chłodniej, narzucam jeszcze żakiet... i tak mogę iść wszędzie, nawet do pracy.
No i przestałam nosić rajstopy, bo opaliłam nogi na południowym słońcu, o.

Spódnica - 15 euro
top bez rękawów - 5 zł, ciuchland
wisiorek - 2 euro
torba - 69 zł, H&M
buty - Deichmann, ok. 99 zł (dokładnie nie pamiętam, bo mają już ze 3 lata)
środa, 06 sierpnia 2008
Podróżować, podróżować jest bosko
Jak było? Oczywiście, jak zwykle, było wspaniale. I oczywiście, 80% z ambitnego planu podróży nie udało się wykonać. Każda podróż, i mała i duża, pozostawia po sobie niespełnienie. Może to właśnie jest w nich najpiękniejsze?
Nie dotarłam więc do Maroka (nie ma połączeń promowych z Faro, są tylko z Madrytu) ani do Hiszpanii (mimo, że granicę miałam niemal na wyciągnięcie ręki - co to jest 100 km). Objechałam natomiast dość dokładnie środkową i południową Portugalię. Moja filozofia podróżowania jest zawsze taka, żeby nie siedzieć w jednym miejscu, tylko wędrować. Patrzeć na świat okiem tubylca. Jeść to co oni, pić to co oni, szanować to, co oni szanują, myśleć ich kategoriami. To ostatnie czasem się udaje, czasem nie - jestem zbyt sztywniarska, aby wyluzowany styl życia maniana people mógł mnie bawić na dłuższą metę. Będzie mi jednak brakowało bajecznie tanich i gwarnych - zwłaszcza wieczorem - knajpek, przydrożnych pastelarii z ogromnym wyborem najwymyślniejszych słodyczy; porannego espresso, tysiąc razy lepszego niż jakakolwiek kawa w Polsce (przekonałam się, że ziarno kawy sprowadzane do Polski to chyba jakaś odmiana uprawiana specjalnie do wypasu kóz, a nie kawa); drzewek pomarańczowych, z których dojrzałe owoce potrafią ni stąd ni zowąd pacnąć wprost pod nogi; motyli tak dużych, że rzucają cień na ziemię... Wspólnie z Arimem zrobiliśmy setki zdjęć - jak tylko się zbierzemy, aby dokonać jakiegoś sensownego wyboru, dam tutaj link do galerii. A na razie:


Łoś to moja maskotka podróżna - tu pozujemy w parku obok Campo do Santa Clara w Lizbonie.
Ale obiecałam napisać coś o modzie. W tym sezonie w Lizbonie nosi się:
- harem pantsy (i to takie ekstremalne, z krokiem nieomal szorującym po ziemi)



- długie, zamaszyste suknie

- gwatemalskie berety (widać na zdjęciu bardziej z prawej) i to, co wszędzie, czyli ciuchy w paski (po lewej)

- koszyki! W Lizbonie zakochałam się w koszykach i ogólnie torebkach plecionych z trawy, trzciny, wikliny i czego tam jeszcze. Niestety, nie mam zdjęcia, które mogłoby to zilustrować, ale musicie mi uwierzyć - to istny szał, który chyba powoli zaczyna docierać także do nas.
A poza tym:



Jeśli kiedykolwiek będziecie w Lizbonie, we wtorek i sobotę idźcie koniecznie na Alfamę - odbywa się tam pchli targ, gdzie za symboliczne 1 euro można kupić mydło i powidło. Także ciuchy, torby, biżuterię. Po prostu: aaaaaa! Są też kramiki młodych projektantów, którzy za nie tak znowu duże pieniądze sprzedają swoje dzieła zrobione w pojedynczych egzemplarzach.
A jeśli macie nieco zasobniejszą kieszeń, jedźcie tramwajem do dzielnicy Bairro Alto, na ulicę Rua do Norte. To ulica secondhandów. Każdy sklep ma swój niepowtarzalny charakter. Ciuchy są wprost niesamowite, patenty nie do opisania (np. spódnice uszyte na bazie starego t-shirtu czy spódnice z pozszywanych kilkunastu krawatów). Niestety, ceny również. Wygląda na to, że szmateksy takie jak je znamy z Polski, są... tylko w Polsce (i podobno także w Niemczech, co zamierzam sprawdzić w najbliższym czasie). Z tego powodu - i także trochę ideologicznie - nic tam nie kupiłam. Ceny rzeczy, które najbardziej mi się podobały, zaczynały się od 30 euro (a najwięcej było takich za 50, 100 i więcej). Obiecałam sobie jednak, że kiedyś tam wrócę, bo jeśli niepowtarzalne, barwne dodatki, to tylko tam. No i ta miła świadomość, że nikt w Warszawie nie będzie bezczelnie paradował po ulicy z taką samą torebką ;-)

Kończąc, chciałam podziękować wszystkim moim czytelnikom za ostatnie miłe komentarze i życzenia. Nie odpowiadałam, bo dostęp do internetu w Portugalii miewałam rzadko, a jakość połączenia bywała dyskusyjna. Było mi jednak naprawdę miło czytać i czuć z daleka waszą kojącą obecność :-)