Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
czwartek, 26 sierpnia 2010
Z zawodu jestem magazynierem
Poniższa notka została po części sprowokowana przez podcast Styledigger, która ostatni odcinek poświęciła częściowo modowym gazetom (możecie go znaleźć tu). Ale ad rem.
Tak się składa, że chwalebnie ukończyłam studia dziennikarskie z podwójną specjalizacją - w trakcie studiów praktyki miałam w radiu, ale magisterkę pisałam z prasoznawstwa. Podczas pisania nie obyło się bez długich nasiadówek w Bibliotece Narodowej, ale sporo materiałów po prostu miałam, bo od lat zbieram gazety i magazyny. Kiedy od czasu do czasu jestem zmuszona się pozbyć jakiejś części kolekcji, jestem niepocieszona. Jakiś czas temu wyrzuciłyśmy z mamą kilkanaście roczników "Twojego Stylu", kupowanych prawie od początku istnienia pisma. Było nam przykro. Zdaje się, że podobny los spotkał roczniki "Vivy" i "Cosmopolitan". Ale większość magazynów modowych dzielnie trzyma się w domu (zarówno u rodziców, jak i u mnie), poupychana w pudełkach i na regałach. Od jakiegoś czasu jednak kupuję mniej czasopism, bo raz, że poziom tekstów spadł na łeb na szyję (zdarzają się nawet błędy ortograficzne! A już interpunkcja stanowi dla naszych żurnalistów coś z pogranicza sztuki magicznej i abstrakcyjnej); a dwa, że w każdej jest to samo. Przykładem na to były teksty o szafiarkach, które przez 1,5 roku sukcesywnie przetaczały się przez wszystkie "babskie" gazety. A ostatnio w pewnym popularnym magazynie modowym czytałam niebywale śmieszny (ale aspirujący do znawstwa i demaskacji) tekst o warszawskich hipsterach. Plac Zbawiciela (vel Sempo - pozdrawiam osoby, które rozpoznają ten skrót) był do niedawna jednym z moich stałych szlaków komunikacyjnych, a sporo moich znajomych regularnie bywa w okolicznych lokalach i nigdy nie określiłoby się mianem lansera. Tak więc porcja wrednego chichotu była potrójna, a decyzja prosta - polski magazyn "papierowy" kupię wyłącznie wtedy, gdy będzie tam gwiazdorzył ktoś z moich przyjaciół (warunek konieczny). Z internetowymi magazynami rzecz jasna sprawa ma się całkiem inaczej. Do niedawna uwielbiałam Dilemmas - miałam też przyjemność go współtworzyć. Niestety, poziom ostatniego numeru dość spektakularnie zjechał w dół - jako optymistka wierzę jednak w perspektywę poprawy. Nieźle zapowiada się UltraŻurnal. Niestety, na etapie zapowiadania zatrzymał się Vint (zaledwie dwa numery w ciągu dwóch lat - szkoda). Fajny jest dział mody w Piana Magazine.
Skutek braków na polskim rynku jest taki, że wykorzystuję znajomych spoza Polski i co jakiś czas w moich rękach ląduje świeżutki, pachnący nowością numer brytyjskiego "Vogue'a". Wystarcza mi on za wszystkie magazyny świata. A największą przyjemnością jest oczywiście coroczne przewertowanie "the september issue". Tegoroczny akurat teraz jest w angielskich kioskach, a ja powinnam go dostać lada dzień. Wrześniowy numer to dla modowego światka coś w rodzaju zwiastowania i nowego roku w jednym. Prezentuje trendy na kolejne 12 miesięcy - najbardziej koncentruje się oczywiście na nadchodzącym sezonie jesień zima, ale na podstawie tej wyroczni można wyciągnąć także wiążące wnioski odnośnie wiosny. Tak, wrześniowy numer to prawdziwa legenda - o czym nie trzeba przekonywać nikogo, kto oglądał ten film.
Ale nie samym Vogue człowiek żyje. Zdarza mi się także oglądać sesje zdjęciowe w "How to spend it", czyli ukazującym się raz w tygodniu dodatku do Financial Timesa. Są przepiękne i bardzo odrealnione modowo i fotograficznie (choć to oczywiście zależy od konkretnej sesji). Jednak największe wrażenie zrobił na mnie ostatnio magazyn "Love", redagowany przez Katie Grand. Nie mogę powiedzieć, że jestem stałą czytelniczką, ale dzięki pewnej zaprzyjaźnionej modomaniaczce mogłam przewertować pierwszy numer, ten legendarny, z Beth Ditto na okładce. To kompletnie inny świat, inna jakość. Sesje - tak, ale nie są to typowe zdjęcia modowe. Poruszają się raczej na pograniczu mody i sztuki. Teksty - ciekawe, inspirujące, ale nie uświadczysz tam poradnikowych blabla w stylu "do beżowego płaszcza załóż brązowe spodnie w stylu safari". Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że takie teksty nie są potrzebne (sama je zresztą pisuję). Po prostu czasami potrzebuje się czegoś zupełnie innego, a moda to nie jest zbiór regułek typu: połącz ze sobą ubrania A, B i C, a potem dodatki D, E, F. Od prawdziwego modowego magazynu oczekuję raczej inspiracji, uchylania pewnych drzwi. Również w dziedzinie eksperymentów foto. Oglądając "Love" co chwila zatrzymywałam się i wołałam Arima, żeby zobaczył, jak można coś uchwycić, zagrać światłem, winietowaniem. Ot, taki samouczek ;-)

Tyle w kwestii magazynów. Mogłabym pisać dłużej... ale po co, skoro tam, gdzie diabeł nie może, tam bloga pośle :-) Tak, ja naprawdę uważam, że blogi w dużej części zastąpiły nam magazyny. Są do przodu względem wszystkiego. Nie opisują trendów, tylko bezbłędnie je wyznaczają. Dlatego czasopisma - tak, z radością. Nie przestanę ich zbierać. Ale na co dzień przeglądam przede wszystkim - blogi.

A żeby nie było, że odcinek kompletnie nieszafiarski - na powyższych zdjęciach możecie sobie pooglądać mnie w udomowionym wydaniu. Pełen luz, koszula mojego faceta i bose stopy. No i magazyny...
środa, 25 sierpnia 2010
Hamlet, książę duński
Tak, oczywiście, Hamlet powinien być na czarno i lansować się z emo czaszką. Ale te cudowne rękawy skojarzyły mi się automatycznie z duńskim królewiczem i skojarzenie nijak nie chciało opuścić mojej głowy.

Z moimi ciuchami jest jakoś tak śmiesznie, że najlepsze zdobycze pochodzą albo z ciuchlandu, albo są prezentami. Tak było także i tym razem. Dżinsową kurtkę z ręcznie doszywanymi szydełkowymi koronkami dostałam w prezencie od Harel, która z kolei zrobiła ją dla Dilemmasa jako swój ostatni DIY (Do It Yourself, czyli Zrób to sam) dla tego magazynu.
Mam w życiu strasznie dużo szczęścia - a jego częścią są fajne koleżanki :-)

Kurtka - prezent :-)
Buty - Deichmann, 69 zł
Spódnica - C&A, ok. 50 zł
Top - ciuchland, 8 zł
Torebka - ciuchland, 11 zł
wtorek, 24 sierpnia 2010
Konkurs Pantene Pro-V - wyniki
Mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak banał, ale... miałam problem z wyborem zwycięzców. Wszyscy przesłali fajne zdjęcia, niezłe technicznie, ciekawie zaaranżowane. No, może trochę zbyt dosłownie potraktowaliście motyw kwiatu - nie chodziło mi o najfajniejsze fotki z kwiatem we włosach/ubraniu/czymkolwiek, tylko o zilustrowanie hasła "Nature Fusion", twórczą interpretację. No, ale koniec gadki, czas na prezentację zwyciężczyń:

Miejsce 1 - Alien920121 - za romantyczny nastrój w stylu tajemniczego ogrodu:

Miejsce 2 - Kiwaczek - za nieszablonowe potraktowanie tematu:

Miejsce 3 - Magdalena - za piękny portret:

Oczywiście, numeracja miejsc jest subiektywna i czysto umowna, ponieważ wszystkie zwyciężczynie dostają identyczną nagrodę, czyli półroczny zestaw kosmetyków Pantene Pro-V Nature Fusion. Za chwilę wysyłam do was maila z informacją o wygranej, a później... czekajcie na przesyłkę :-)

Bardzo dziękuję wszystkim za udział i piękne fotografie. Będzie co oglądać w długie, zimowe wieczory :-) Zapraszam do udziału w kolejnych konkursach.

PS. W tzw. międzyczasie dzięki niezawodnej koleżance 3Jane dowiedziałam się, że tajemnicza chińska roślina Cassia, która jest głównym składnikiem kosmetyków Pantene Pro-V to po prostu... cynamonowiec.
niedziela, 22 sierpnia 2010
Notka lekko spóźniona
Ta notka w zasadzie składa się z dwóch osobnych notek, przy czym pierwsza miała ukazać się w czwartek, a druga w piątek. Szczytne plany wrzucenia choćby jednego wpisu w piątek wieczorem spaliły na panewce - po wyjątkowo zabieganym tygodniu czułam się i wyglądałam jak portret pamięciowy. Zafundowałam sobie weekend nicnierobienia i wrzucam wszystko teraz.
Notka pierwsza miała zostać zamieszczona w czwartek, 19 sierpnia. Ta data zapisała się wyjątkowo w szafiarkowym świecie - dwa lata wcześniej zorganizowałyśmy sobie pierwszą akcję szafiarską na dużą skalę. Od tego czasu co roku świętuję urodziny Coco Chanel. Jak? Oczywiście, zakładając małą czarną. Tak wyglądałam dwa lata temu, a tak rok temu. Ponieważ ostatnio kupiłam dwie kolejne czarne sukienki (jedną mogliście zobaczyć w poprzedniej notce), uznałam, że i w tym roku poświętuję.

No i poświętowałam :-) Tym bardziej, że notka jest też dobrym pretekstem do pochwalenia się kolejną lumpeksową zdobyczą. Będąc w tym roku na Openerze tradycyjnie oddawałam się nałogowi, czyli zwiedzałam ciuchlandy w kolejnym mieście. Przy ul. Abrahama w Gdyni odkryłam jeden z najcudowniejszych sklepów tego typu. Chociaż właściwie "ciuchland" nie jest dobrym określeniem. Pawilon - bo tak nazywa się to miejsce - jest rasowym sklepem vintage, kolorowym, z ogromnym wyborem wszystkiego, z przemiłą obsługą, a nawet... promocjami na konkretne towary! Nie powiem, jakiego oczopląsu tam dostałam, ile czasu tam spędziłam i jak mocno Arim musiał mnie stamtąd wyciągać. Skończyło się na kupieniu jednej torebki, która jest tak piękna, że "robi" na zdjęciu powyżej za biżuterię. A do Pawilonu na pewno jeszcze wrócę.

Sukienka - C&A, 49 zł
Torebka - sklep vintage Pawilon, 15 zł
Szpilki - Deichmann, 69 zł
Okulary - Reserved (ale cenę zapomniałam - zbyt dawno je kupiłam)

W czwartek odbywał się też pewien bal. Ale nie, Coco Chanel nie wydawała w zaświatach przyjęcia urodzinowego, za to Annuszka rozlała olej słonecznikowy, wskutek czego portal Stylio zapraszał na wielki finał bitwy stylistów, połączony z promocyjnymi zakupami w pewnym szatańskim sklepie. To było moje kolejne spotkanie z jego mrocznością - w poprzednim tygodniu oglądałam także nową kolekcję denimową. Na czwartkowy bal u szatana tłumnie przybyły blogerki i nie tylko...

Jabłka. Węża nie stwierdzono. Chociaż ci i owi z pewnością usiłowali utrzymać go w kieszeni...

Eks-dilemmatka Ewa. Od niedawna - żurnalistka. Ma sporo powodów do zadowolenia. Z dumą przyznaję, że gram w tej samej drużynie :-)

Eksperci haemu dzielnie pozowali do zdjęć i służyli pomocą zagubionym zakupoholikom...

Ekspertka Charlize :-)

Nie ma to jak spotkać się ze znajomymi...

Królowa jest zachwycona! ;-) Obok Kiwaczek.

Spodziewałam się różnych rzeczy (w końcu na balu u szatana niejedno zdarzyć się może), na przykład tego, że Pałac Kultury odleci w kosmos. Ale jakoś nie odleciał.
Jak było na imprezie? Nie pytajcie, bo jak powiem, to następnym razem mnie nie zaproszą. OK, skoro nalegacie. Na imprezie było głośno.Tyle w temacie.

Na koniec tej arcydługiej notki przypominam wam o konkursie na stylizację, który ogłosiłam (prawie) tydzień temu. Czekam na wasze fotki! Rozwiązanie konkursu we wtorek wieczorem.
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Kompromis + konkurs dla czytelników
Pod ostatnim wpisem niektórzy z czytelników zarzucali mi, że maskuję sobie talię i popełniam szereg innych grzechów kardynalnych. Wzdychałam ciężko pod każdym komentarzem, ale wiem doskonale, że nie mogę obiecać poprawy. Cóż ja na to poradzę, że uwielbiam rzeczy luźne, wygodne, obszerne. Nie czuję potrzeby eksponowania dokładnie wszystkich zalet własnego ciała za każdym razem. No, ale niech będzie - dziś notka kompromisowa, która pokazuje, że owszem, posiadam wcięcie w talii. Oraz biust, biodra i nogi, z których ośmielam się być zadowolona.

Umówmy się więc, że od dzisiaj, jeśli ktoś zechce się przekonać, iż posiadam wszystkie wyżej wymienione, cofnie się do tej notki. A ja sobie tymczasem szybciutko wrócę do dżinsów rurek, szortów w kształcie trapezu, sukienek z ciuchlandu i długich swetrów. Niniejszym czuję się rozgrzeszona ;-)


Sukienka - C&A, 49 zł
Kwiat - przypinka - H&M, 19.90 zł
Szpilki - Deichmann, 69 zł

A teraz bonus dla czytelników, którzy wykazali się cierpliwością i doczytali moją radosną twórczość aż do tego momentu. Od dwóch tygodni dzięki uprzejmości sponsora testuję nowe produkty Pantene Pro-V Nature Fusion - szampon, odżywkę, maskę i serum wzmacniające. Na razie nie widzę na włosach piorunujących rezultatów, ale muszę przyznać, że wszystkie produkty mają prześliczny zapach. Co najlepsze, zapach zostaje na włosach i pozostawia wrażenie miłej świeżości. Producent zapewnia w swoich materiałach, że kosmetyki łączą to co najlepsze w technologii Pro-V z właściwościami azjatyckiej rośliny Cassia, od dawna znanej w tradycyjnej chińskiej i hinduskiej medycynie. Na hinduskiej medycynie znam się wprawdzie mniej więcej tak, jak na mechanice kwantowej, ale póki co nie mam powodu, żeby nie wierzyć... choć oczywiście zawsze warto przetestować na własnej skórze. Teraz i wy macie tę możliwość - półroczny zapas szamponów i odżywek Pantene Pro V powędruje do trzech osób, które swoją stylizacją najlepiej zilustrują hasło "Nature Fusion". Można na przykład, jak ja na zdjęciu powyżej, pofantazjować na temat kwiatów. Można też poszukać inspiracji w zdjęciu poniżej:

Konkurs potrwa przez tydzień - stylizacje można wysyłać na adres morven.at.gazeta.pl do następnego poniedziałku, 23 sierpnia, do godziny 23. Nie ma wymogu pokazywania całej sylwetki - może być na przykład ciekawa fotografia portretowa, gdzie do stylizacji wykorzystacie po prostu interesującą biżuterię lub szal. Najlepsze zdjęcia zostaną tu opublikowane - jeśli więc ktoś ma coś przeciwko, proszę to od razu zaznaczyć lub np. nałożyć dyskretną pikselozę na twarz. Bardzo proszę o zdjęcia w formacie jpg, najlepiej niezbyt "ciężkie" (maksymalnie do 2 MB). Do biegu, gotowi, start :-)

P.S Edit: Tak, można wysłać więcej niż jedną stylizację. Tylko błagam, nie zatopcie mi skrzynki, ok? :-)
wtorek, 10 sierpnia 2010
Buszująca w beżu
Gdybym miała wybierać swoje ulubione kolory, to - oprócz nieśmiertelnego błękitu, twarzowego dla wszystkich blondynek - byłyby to beże i brązy. Dlatego cieszę się, że ogłoszono je kolorami sezonu. Choć przyznaję, że moda na konkretny kolor to dla mnie kompletna abstrakcja - jeśli modna jest jakaś barwa, w której wyglądam źle, to mam ją nosić tylko dlatego, że jest modna? Nie nazwę tego nawet głupotą, nazwę to kompletnym zatraceniem indywidualizmu w morzu przekazów marketingowych.

A w powietrzu już jakby jesień? Czy to moje subiektywne tęsknoty, czy wina pierwszych kolekcji jesiennych, które coraz śmielej pokazują się na modowych portalach?

Szorty - H&M Garden Collection, 40 zł (przecenione ze 100 zł!)
Bluzka - Reserved, 39,99 zł
Naszyjnik - Wylęgarnia, 35 zł
Torba - Zara, 99 zł
Drewniaki - Zara, 269 zł
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Miau miau!
Kolejna fotka z soboty - tym razem wariant na popołudniowy spacerek w pełnym słońcu. W roli głównej nowa bluzka ze złego sklepu na H. Jak widać, kocie motywy (mimo ostrego natarcia sów) wciąż miewają się nieźle.

Swoją drogą nie wiem, co myślą sobie o mnie moi sąsiedzi - zapewne coś w rodzaju: "A, to ta laska z parteru, która przebiera się trzy razy dziennie". Popołudniową zmianę konfekcji usprawiedliwia pogoda, która zachowywała się, jakby programował ją ktoś mocno naćpany. Według schematu: pada, kropi, pada, słońce, upał, leje, kropi, słońce...

Buty - Reserved, 149 zł
Dżinsy - H&M, 39,90 zł
Torba - Zara, 99 zł
Bluzka - H&M, 39,90 zł
Wisiorek - Glitter, 35 zł
sobota, 07 sierpnia 2010
I'm only happy when it rains
Wczoraj wieczorem w Warszawie szalała wielka burza. Wskutek tego cały poranek przechodziłam w kaloszach (kupionych na Openera, ale okazało się, że nie były tam potrzebne). Potem nagle słońce dało czadu i zrobiła się sauna. To pisałam ja, wasza pogodynka. A teraz wybaczcie, bo udaję się w okolice zasięgu wentylatora (dochodzi północ, a na zewnątrz ciągle 25 stopni).

Kalosze - Giudi, 129 zł
Legginsy - jakiś sklepik za rogiem
Płaszcz - Reporter, 121 zł
Szal - ciuchland, 6 zł