Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Odcinek finałowy, w którym wszyscy żyli długo i szczęśliwie
Tak, wiem, że już chyba straciliście nadzieję na jakąkolwiek notkę ode mnie, ale niespodzianki to moja specjalność ;-) Nie pisałam, bo młodej mamie bardzo trudno znaleźć czas na cokolwiek, a jeśli już czas znajdzie, zwykle przeznacza go na spacer lub sen. No, ale jestem wam winna opowieść o tym, co zdarzyło się w ostatnim czasie - tym bardziej, że wielu z was wiernie mi kibicowało i z pewnością jesteście ciekawi, jak też mi się wiedzie w nowej roli. A zatem.

W zeszłą sobotę moja córka skończyła 7 tygodni i oficjalnie przestała być noworodkiem. Na świecie pojawiła się prawie dwa tygodnie przed terminem - 11 czerwca. Poród miałam zaskakująco lekki i szybki. Tak lekki i szybki, że nie zdążyłam nawet poprosić o znieczulenie. W istocie ból nie był nawet w połowie tak straszny, jak czyta się na forumciach. Nie wiem, czym dziewczyny się tak nawzajem straszą. Może zresztą cała tajemnica tkwi w tym, żeby się nie bać i zaufać własnemu ciału? Nie bez znaczenia pozostawał fakt, że rodziłam w jednym z najlepszych szpitali położniczych w Polsce (a z pewnością najlepszym w Warszawie), czyli w szpitalu św. Zofii. Do domu wyszłyśmy już po dwóch dniach... i się zaczęło.
Nie jest prawdą, że noworodek tylko je i śpi. Będąc w ciąży chyba nie do końca sobie wyobrażałam, ile czeka mnie pracy. Ciąża była piknikiem. Poród i pobyt w szpitalu to była wycieczka do SPA. Macierzyństwo - to dopiero wyzwanie dla prawdziwej twardzielki. Miotam się od euforii do desperacji... Właściwie gdyby nie mój mąż, to właśnie siedziałabym w gabinecie psychiatry, wydobywając się z ciężkiej depresji poporodowej. Ale dość już o tym, bo za chwilę znowu ktoś mi zarzuci, że narzekam. Powiem tylko, że od jakiegoś czasu nikogo tak bardzo nie podziwiam, jak samotnych matek.

Poza oczywistą satysfakcją (bo Marianna rośnie, pięknieje, codziennie uczy się czegoś nowego) odnotowałam jedną, zdecydowanie pozytywną stronę całej sytuacji. Otóż już po dwóch tygodniach po porodzie ważyłam tyle, co przed ciążą, a teraz, po kolejnym miesiącu, ważę kolejne dwa kilogramy mniej. Ciekawe, co będzie dalej...
Sprawdziła się też przepowiednia, że młoda matka przestaje kupować ciuchy sobie, ale wyda każdy grosz na ubranka dla dziecka. Ja wydaję pieniądze na ubranka Marianny z ogromną lubością. Także w ciuchlandach (tu powinno nastąpić pełne przerażenia żachnięcie). Podobnie myślą niezliczone legiony cioć - ostatnią "zdobyczą" jest śliczna sukienka od cioci Robaczek :-)  Niewątpliwie Marianna załapie się wkrótce na jakąś fotkę szafiarską, ale na razie odmawia pozowania.

To tyle ze spraw przyjemnych, a teraz będzie trochę smutniej.

Jak już napisałam, dramatycznie nie mam czasu. Dlatego muszę lojalnie uprzedzić, że nowe notki będą się pojawiały tak rzadko, że właściwie prawie wcale ich nie będzie. Nie zamykam bloga, bo jakoś sentyment mi na to nie pozwala, ale zawieszam go na kołku do momentu, kiedy Marianna będzie mniej absorbująca. Obecnie spędza większość czasu w pozycji misia koala, wiecznie wczepiona w moje ramiona, z rzadka śpiąc, co w oczywisty sposób utrudnia mi działalność szafiarską.
Nie mogę żyć bez pisania. Możliwe, że otworzę jakiegoś nowego bloga, w którym będę dawała upust macierzyńskim frustracjom. A póki co zapraszam do oglądania archiwum, obserwowania mnie na blipie i śledzenia moich poczynań w rozmaitych serwisach społecznościowych. Tam bywam nieco częściej, choć oczywiście znacznie rzadziej niż kiedyś.

Do zobaczenia gdzieś w sieci i dziękuję za wszystko :-)