Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
środa, 23 września 2009
Indian Summer
Od rodzimego określenia "Babie lato" zawsze wolałam angielskie "Indian Summer". Może dlatego, że kojarzyło się z wolnością, z piórami, falbanami, warkoczami i wiatrem we włosach. Każdy chłopiec chciał być kiedyś Winnetou. A czy któraś dziewczynka w szkole chciała być Indianką? Ja chciałam. W związku z powyższym występuję dziś w roli osiedlowej Pocahontas ;-)

Dziś jest Jesienne Zrównanie. Wrzesień obdarował nas z tej okazji ciepłem i pięknym światłem. Od dzisiaj dzień zacznie się kurczyć. Nadszedł czas na gorącą herbatę, koc, sok malinowy i grube książki. Mój ukochany czas. A potem... oby do wiosny!

Sukienka - Bershka, 99 zł
Buty - TopShop, 116 zł (przecenione z 339 zł - jestem królową wyprzedaży)
Plecaczek (hurra, upolowałam go!) - ciuchland, 11 zł
poniedziałek, 21 września 2009
Z pamiętnika grzebacza*
Coraz częściej w rozmowach ze mną - i tych prywatnych, i szafiarskich - pojawia się wątek ciuchlandów. Tak, mam z lumpeksów przynajmniej połowę ciuchów i choćby tylko z tego powodu czuję się ekspertką tematu ;-)
Pierwszy raz weszłam do lumpeksu będąc uczennicą trzeciej klasy liceum. W mojej ukochanej Trójce usłyszałam wywiad z Kayah, która na pytanie, skąd bierze się jej oryginalny wygląd, odpowiedziała, że ubiera się w second handach. Oczywiście, prawie nikt nie wiedział wtedy w Polsce, co to jest second hand (częściowo pewnie również dlatego, że znajomość angielskiego stała na znacznie niższym poziomie niż teraz i "second" kojarzyło się zapewne z sekundą). Na naszych ulicach królowały budki z krzywym szyldem "Odzież zachodnia". Niezrażona obskurnością i charakterystycznym zapachem odwiedzałam te  budki i szczęście mi sprzyjało. Pierwszą zdobyczą było militarne, ciemnozielone bolerko retro (trochę w stylu Balmain), które mimo przykrótkich rękawów i prującej się podszewki mam do tej pory. To mój talizman. Szkoda tylko, że nie wiem, z czym go zestawić. To trudny fason - lekko deformuje mi sylwetkę, dlatego nigdy go tu nie pokazałam (przyznam bez bicia - trochę się bałam modowej policji, która od czasu do czasu gromi mnie w komentarzach).

Potem były kozaki w panterkę i czerwona francuska marynarka (oddałam ją siostrze, której, jako naturalnej szatynce, lepiej w czerwonym). Następnych zdobyczy już nie zapamiętałam, za dużo tego było. Gdziekolwiek byłam, zawsze odwiedzałam lokalne sklepy z używaną odzieżą i nigdy się nie zawiodłam. Może to zbyt wielkie słowa, ale... można to chyba nazwać sposobem na życie. A przynajmniej na jakiś kawałek życia.
Nie będę udzielać tu porad, jak należy kupować - temat wyczerpała ciocia Ryfka. Chciałam jedynie podzielić się własnymi doświadczeniami, z natury rzeczy subiektywnymi. A zatem:
- Im mniejsze miasto, tym lepszy szmateks. Jeśli jesteście na wakacjach, nie omijajcie lokalnych przybytków tego typu. Choćby nawet siedziały tam moherowe babcie, a sprzedawczyni kurzyła papierosa. Warto się przemóc.
- Im lumpeks położony bardziej w centrum, tym droższy, a wybór mniejszy. Obstawiajcie sklepiki osiedlowe!
- O ile uwielbiam typowe ciuchlandy, o tyle unikam sklepów "Końcówki kolekcji". Niektóre tak bardzo próbują udawać lumpeksy, że nawet zainwestowały w szyld z napisem "Nowa dostawa". Zaledwie niewiele z takich sklepów mogłabym polecić. Zdarzają się ciekawe, ale część to niestety żenujące sklepiki z konfekcją. Tak, to jest właśnie słowo klucz - z masową, chińską konfekcją marnej jakości, a nie ciekawymi ubraniami z przeszłością. Może w innych miastach jest inaczej. W Warszawie na sukcesie ciuchlandów niejeden próbuje żerować.
- Mimo, że ubieram się w second handach dość nałogowo, to jednak rzadko kiedy jestem ubrana od stóp do głów w swoje lumpeksowe łupy. Zazwyczaj miksuję je z nowymi rzeczami z aktualnych kolekcji sieciówek. Najczęstszy przypadek to sukienka z sh + nowe dodatki lub odwrotnie, dodatki z duszą do nowego ciucha.
Na koniec mały teaser: fragment jednej z najnowszych zdobyczy. Trzymam ją na karnawał i wtedy pokażę w pełnej krasie :-)

*nie mylić z grabarzem ;-)
niedziela, 13 września 2009
Do której klasy chodzisz, dziewczynko?
Mam absolutnie nieuleczalną słabość do sukienek, które czynią mnie idealną kandydatką do głównej roli w japońskim pornolu... ;-) Ale pracuję nad tym. Nad wyeliminowaniem słabości, nie nad japońskim pornolem.

Sukienka - kupiona od Vintage Girl, 20 zł
Rajstopy - sklepik za rogiem, 18 zł
Buty - Deichmann, 69 zł

P.S. Dodatek specjalny - 10 rzeczy, które zawsze chcieliście wiedzieć o Morven, ale baliście się zapytać ;-) Ze specjalną dedykacją dla Szmaragdy :-)

1. Urodziłam się 31 października, dwadzieścia minut po północy. W związku z tym prezenty urodzinowe dostawałam od rodziny, która przyjeżdżała na Święto Zmarłych (prawie jak w rodzinie Adamsów). Nietrudno się domyślić, że w związku z tym Święto Zmarłych było moim ulubionym świętem w całym roku. Upodobanie do zabytkowych cmentarzy zostało mi do tej pory.
2. Przyszłam na świat z długimi, czarnymi włosami. Jednak w ciągu pierwszego roku mojego życia włosy czy to wypadły, czy wypłowiały, nie wiem (a zeznania rodziców w tym punkcie są niejasne). Od tego czasu jestem naturalną blondynką.
3. Jestem miła i uśmiechnięta, bo miałam już dostatecznie dużo czasu, żeby oswoić wszystkie swoje wewnętrzne demony. Niemniej jednak spotkacie w sieci i poza siecią wiele osób, które mogą sporo opowiedzieć o moim niełatwym charakterze i przytoczyć przykłady.
4. Aktualnie moi ulubieni wykonawcy to Tori Amos i Nine Inch Nails.
5. Cytat, który regularnie wraca do mnie w różnych momentach życia, to: "Never again is what you swore the time before"
6. Moją największą pasją jest taniec irlandzki. Trenuję go regularnie już od pięciu lat. Bezpośrednim impulsem do rozpoczęcia nauki był występ zespołu Elphin w Muzeum Etnograficznym w Warszawie w czerwcu 2004 roku. Dzisiaj Ania Tillak - jedna z tancerek, które wtedy występowały - jest moją instruktorką.
7. Przez dwa lata (z krótkimi przerwami) pracowałam w radiu, gdzie prowadziłam autorską audycję nocną z muzyką gotycką. Organizowałam także (razem z obecnym mężem i jeszcze jednym kolegą) w klubie Medyk pierwsze w Warszawie regularne imprezy gotyckie pod nazwą Elizjum. Nazwa została zaczerpnięta z tytułu płyty Fields of the Nephilim.
8. Kocham koty. Nie przepadam za to za owadami, a w sposób szczególny boję się ciem.
9. Pochłaniam sporo książek. Nie uciekam od fantastyki, choć nie każdy jej gatunek przekonuje mnie w jednakowym stopniu. Niemal w ciemno kupuję to, co napiszą Andrzej Sapkowski i Neil Gaiman. W kołach zbliżonych do fantastów poznałam kilka ważnych dla mnie osób. Byłam w zespole organizatorów Polconu 1997 w Warszawie (współredagowałam informatory konwentowe).
10. Uwielbiam słodycze. W każdej ilości. Najbardziej lubię tiramisu.

Pif paf! Następna osobą do szczerych wyznań niech będzie Blu :-)

piątek, 11 września 2009
Być jak Charlotte York
Była już Carrie, była Samantha... Nie, wcale nie realizuję programu rekonstrukcyjnego, polegającego na kopiowaniu stylu bohaterek "Seksu w wielkim mieście"*. Po prostu samo tak wychodzi. Dziś przyszedł czas na Charlotte.
Gdybym miała opisać swój styl (a byłoby trudno, oj trudno, bo choć podziwiam osoby konsekwentne i mające cały czas jeden styl, to sama po miesiącu zanudziłabym się na śmierć jednym i tym samym), to usytuowałabym go gdzieś pomiędzy Mirandą i Charlotte. Obie stawiają na klasykę, ale w wykonaniu Charlotte jest ona bardziej miękka i kobieca. Uwielbiam jej sukienki, sznury pereł, klasyczne wzornictwo, czyli kratę, groszki i pepitkę. A już jej płaszcz Burberry po prostu śni mi się po nocach. Natomiast charakter panny York to inna sprawa - daleko mi do niej, a wyjście za mąż nie było nigdy moim życiowym priorytetem.

Sukienkę w stylu Charlotte znalazłam w sklepie Vintage Square i bardzo się zdziwiłam, że jeszcze nikt jej nie kupił. Standardem jest, że w internetowych sklepach vintage'owych najlepsze okazje przechodzą mi koło nosa - a tu proszę, niespodzianka, byłam pierwsza! Zamierzam założyć ją jutro na ślub i wesele moich przyjaciół. Wprawdzie jest czarna, ale mam nadzieję, że państwo młodzi wybaczą mi ten modowy nietakt - w końcu to artyści...

* Miranda też będzie :-)

P.S. Sto lat dla Beci i Ghardina!!!!
P.S 2 Bym zapomniała! Znowu zostałam gwiazdą z okładki ;-) Zajrzyjcie tutaj - serdecznie polecam.


Sukienka - Vintage Square, 20 zł
Szpilki - H&M, 99 zł
Rękawiczki - kupione 9 lat temu, więc jedni bogowie wiedzą, ile kosztowały
wtorek, 01 września 2009
Everyday life
Na tym chwilowo kończymy telenowelę pt. "Tak dziś wyglądałam". Mieliście małą próbkę codziennej twórczości typu: "Siadam przed szafą, mam 5 minut na ubranie się i zaraz odjedzie mi tramwaj do centrum". To ostatni kawałek, przynajmniej na jakiś czas. Wszystkie ciuchy z poniższego zestawu już widzieliście. Powtórzę więc tylko, że cel, jaki mi przyświecał, to pokazanie, że szafiarka to nie jest jakaś dziwna primadonna zgrywająca trendsetterkę i kombinująca na siłę, jak by się tu odstrzelić. Nie, kochani, nasze pomysły są spontaniczne. A to, co nosimy, to nie są ciuchy z przemyślnie schowaną metką, wypożyczone ze sklepu tylko na sesję zdjęciową.

Buty - H&M, 63 zł
Spódnica - H&M, 29 Euro
Top - Next, ciuchland, 7 zł
Bransoletka (prawie jej nie widać) - Avon, 30 zł
Torebka - ciuchland, 11 zł