Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
czwartek, 16 grudnia 2010
Szaleńczym rzutem na taśmę
Jest. Ukazał się. Wspólne dziecko Ewy i kilkunastu modowych zapaleńców. Chwilowo nie mam siły pisać nic więcej, bo szlifierka UltraŻurnalu trwała niemal do ostatniej chwili... Ale uwierzcie mi - było warto. Mam nadzieję, że dla was czytanie i oglądanie magazynu będzie taką samą frajdą, jak dla nas - jego tworzenie.

Redakcja niecierpliwie czeka na wasze opinie. Nie boimy się krytyki, choć zawsze prosimy o jej merytoryczne uzasadnienie i odrobinę szerszego spojrzenia. Nie boimy się też trudności, które z pewnością dopiero się zaczynają. Bo tak hartuje się stal.

PS. W projekcie wzięły udział również doskonale znane wam blogerki: Vintage Girl i Harel.
wtorek, 30 listopada 2010
Pilnuj kiecek, dziewczyno
Przeczytałam wczoraj bardzo ciekawy wywiad z Filipem Niedenthalem (dla tych, co nie wiedzą - to jedna z pierwszych osób w Polsce na poważnie wykształconych w kierunku dziennikarstwa modowego, były szef działu mody "Twojego Stylu"). Padają w nim stwierdzenia gorzko prawdziwe. Stwierdzenia, które sama mogłabym wypowiedzieć - choć doświadczenia, na których opieram podobne opinie, z pewnością powstały w absolutnej mikroskali w porównaniu do doświadczeń Niedenthala.

Od lat niezmiennie bawi mnie (lub smuci - zależnie od dnia) fakt, że moje upodobanie do sukienek i torebek często jest automatycznie klasyfikowane jako przejaw głupoty. Fakt, że lubię się ubierać, a wizyty w sklepie z ciuchami nie traktuję jak zła koniecznego, jest wysoce podejrzany zwłaszcza dla geeków i nerdów. Mamy więc klasyczną miłość bez wzajemności, bo ja nerdów uwielbiam. Ale zanim zacznę im tłumaczyć, że spotkaliśmy się przynajmniej raz na tym samym konwencie sf, nie odczuwam pierwotnego lęku z powodu zawieszonego komputera, a na widok konsoli tekstowej nie dostaję spazmów, oni już zdążą mnie zatrzasnąć w szufladce pt. idiotka. Kto by tam słuchał laski od ciuchów. Kto by tam reagował na jej komentarze - chyba, że prześmiewczo. Bo przecież to, panie kochany, jakaś klasyczna blondynka jest. Jej ulubioną rozrywką jest zapewne testowanie szminek. A przecież wszyscy wiedzą, że najlepszym ciuchem jest t-shirt z toys4boys i do tego trapery, oczywiście.

W środowisku inteligentnych ludzi nie ma dla szafiarki lepszej obelgi niż "pilnuj kiecek, laska". Takie podsumowanie pod moim adresem wystosowała kiedyś na blipie pewna adminka, osoba - co wiem skądinąd - niezwykle bystra i sympatyczna, której blogi czytam z przyjemnością. No, ale zobaczyła mojego bloga, a na nim zdjęcia w strojach różnorakich - wystarczyły jej więc trzy sekundy, żeby na mój temat wyrobić sobie opinię. Zapieniłam się i coś tam jej ponawyjaśniałam, więc przeprosiła - ale fakt faktem, jej pierwszy odruch był jaki był. Czyli kiecka + pisanie o ciuchach = zło.

Czy to naprawdę takie oburzające, dbać o siebie? Czy to aż tak straszny skandal, że ma dla mnie znaczenie, jakie spodnie sobie kupię? Bo - tak sobie nieśmiało kombinuję - treść moich notek raczej nie licuje z wizerunkiem idiotki. Skąd więc tak błyskawiczne podsumowanie mojej osoby? Z czego to się bierze - z PRL-u, kiedy dbanie o wygląd było nietaktowne, bo panowała urawniłowka? Z przekonania, że bycie modnym to to samo, co bycie pretensjonalną modnisią?

A może sprawa sięga głębiej? Może niepoważne postrzeganie mody to zasługa naszych pseudocelebrytów w koszmarnych lumpenkreacjach z satyny? Naszych pseudoprojektantów, którzy koniecznie chcą pojechać na Fashion Week do Londynu czy Paryża, chociaż nie umieją powiedzieć słowa po angielsku? Sukni, które się (jeśli wierzyć Dawidowi Wolińskiemu) namolnie wyciąga od projektantów, zamiast je kupić? Okrzyczanych wydarzeń i pokazów, na które się idzie nie po to, aby krytycznie i przytomnie je ocenić, ale dlatego, że wypada, że lans, że wielki świat. A ten polski "wielki świat" to wciąż sztuczne złoto, marny tombak, podróbka podróbki. Może jeszcze nie dojrzeliśmy do mody? Do traktowania jej na serio?

Tak, to chyba to. Potrzeba nam więc edukacji. Trzeba siać, siać, siać... ;-) Trzeba nam jeszcze więcej blogerek, ale nie takich, które nie ominą żadnej okazji do fotki na tle bannera reklamowego, tylko wrażliwych poszukiwaczek. Jeszcze więcej projektantów, ale obowiązkowo takich jak Łukasz Jemioł, Ania Kuczyńska czy Justyna Chrabelska. Jeszcze więcej ciekawych miejsc i sklepów, ale nie takich, gdzie krok w krok będzie za mną chodziła ekspedientka, obserwując każdy mój ruch. Więcej krytyków mody z prawdziwego zdarzenia - takich, którzy nie będą kulić głowy i sankcjonować w ten sposób zastanego układu. Ale przede wszystkim potrzeba nam więcej czasu. Czas zwiększa świadomość. A moda to hobby i/albo sposób na zarabianie - nie lepszy ani gorszy niż inne.

A co wy o tym wszystkim myślicie?
czwartek, 18 listopada 2010
I cóż, że ze Szwecji
Był taki czas, kiedy blogerki chórem i przez wszystkie przypadki odmieniały określenie "styl skandynawski". Nie bardzo rozumiałam zjawisko, bo każde zetknięcie ze stronami typu Hel Looks kończyło się w moim przypadku raczej uprzejmym zaciekawieniem niż realnym zachwytem. Tak było aż do wizyty w dwóch warszawskich butikach - Fiu Fiu przy Krakowskim Przedmieściu 13 (na tyłach Hotelu Europejskiego) i InFashion Outlet (Nowy Świat 43). Dzięki pani Magdzie z Fiu Fiu i pani Natalii z InFashion miałam okazję po raz pierwszy naprawdę dowiedzieć się, czym jest właściwie moda ze Skandynawii. Po raz pierwszy zetknęłam się z nazwami marek, które dotychczas były mi całkowicie obce:
  1. Edith&Ella. Marka stworzona przez Dunkę Line Markvarden. Edith i Ella to imiona babć projektantki. Firemka jest mała i chce być mała, a Line nie zależy na ekspansji, tylko na jakości oferowanych ubrań. Najnowsza kolekcja jest mocno inspirowana stylem vintage. Że nudne, już się przejadło? Nic z tych rzeczy, kolekcja jest prześliczna. Połowę z tych ubrań mogłabym mieć w swojej szafie.
  2. Saint Tropez. Duńska (wbrew nazwie) firma istniejąca od 1986r. Sklepy mają także w Szwecji, Norwegii i Holandii. Oferują bardzo nowoczesne połączenia, sporo odniesień do współczesnych trendów. Są nawet skarpetki do obcasów ;-) Widać to zwłaszcza w kolekcji na jesień 2010. Ale nutka klasycznej prostoty i elegancji nie znika nawet na chwilę. Tak też mogłabym się ubierać. Gdybym miała krótko określić ich styl, nazwałabym projekty Saint Tropez linią dla trzydziestek młodych duchem :-)
  3. Pieszak. Nazwisko brzmi znajomo? Nie, to nie pomyłka - babcia projektantki była Polką. To właśnie jej styl zainspirował Henriette Pieszak, Dunkę, do projektowania własnych kolekcji. Określiłabym je jako niezobowiązujący, miejski look z domieszką folku. Dużo jest też elementów dżinsowych, a opaska na głowie - stały element kolekcji - powinna spodobać się Riennaherze ;-)
  4. H&M... ups, przepraszam, pomyłka ;-) Tej firmy tu nie znajdziemy, mimo skandynawskich korzeni.
  5. Staff. Kolejna firma z Danii. Bardzo fajny lookbook na jesień - zimę 2010 - trochę hippie, trochę folk, zawsze wygodny i na luzie. Oglądając katalog widziałam tyle cudownych przykładów ubierania się "na cebulkę", że chyba porzucę swoje opory w tym kierunku.
  6. Smooph. Nie znalazłam ich strony internetowej, więc nic kompletnie o nich nie wiem. Znalazłam natomiast sklep internetowy, gdzie sprzedają swoje ubrania. Mają - i to już widziałam w sklepie przy Nowym Świecie - cudne szale i tuniki. Na ogół - co trudne do spotkania w polskich sklepach - nie są to rzeczy w ciapki, wzorki i insze esy floresy. Te ubrania są funkcjonalne kolorystycznie - da się je łączyć, nie uzyskując kiczowatego efektu "późnego rokokoko".
  7. Best Behavior. Marie Ørberg and Malene Brøchner, Dunki, postawiły sobie za cel zrelaksować swoją klientkę :-) W tym sezonie stawiają na peleryny, legginsy, wielgachne torby, długie swetry, workowate spodnie. Nie każdemu to pasuje, ale wygodne jest na pewno :-) Obejrzyjcie sobie także ich archiwalne lokbooki, bo to niezła kopalnia inspiracji.
  8. Ilse Jacobsen. czyli pani od kaloszków i peleryn przeciwdeszczowych, znowu Dunka. Mają być praktyczne, wygodne i ładne. I są. Huntery mogą się schować...
  9. Odd Molly. Folk w najlepszym wydaniu. Piękne sukienki, koszule, spódnice. Na zdjęciach wyglądają jak zwykłe ciuchy, ale gdybyście mogły ich dotknąć... Odd Molly pochodzi ze Szwecji - to team projektantów, którzy zdążyli już odnieść sukces i otworzyć sklepy na całym świecie. Działają od 2002 r. Dziwna nazwa pochodzi od pewnej dziewczyny z Californii, która... ale sprawdźcie sami na ich stronie.
  10. Hunky Dory. Kolejna firma ze Szwecji. Bardzo proste wzornictwo, wszystko projektowane według zasady: "wciąż nosisz to samo, ale ciągle wyglądasz inaczej". Para projektantów, Ulrika i Christopher Bjercke, spotkała się w Paryżu - zostali parą w życiu i pracy. Pracują w ten sposób od 1996 r.

Ubrania wymienionych firm nigdy nie udają czegoś, czym nie są. Jeśli bawełna, to najwyższej jakości. Jeśli wełna, to gruba i ciepła. Jeśli sweter, to mięsisty, a jedwabna halka - chłodna i cieniutka. Są też bluzki i sukienki - wykończone z idealną dbałością o detale. Wiem, bo tych ciuchów dotykałam. Ba, przytulałam, łasiłam się, niczym Scarlett O'Hara do aksamitnych zasłon swojej matki.

Cudowne wzornictwo - ale projektanci nigdy nie tracą z oczu kobiecego ciała, jego potrzeb. To idealne ciuchy na naszą strefę klimatyczną, gdzie nie da rady przechodzić zimy w cienkim płaszczyku i lekkich włoskich kozaczkach z ażurowej skóry.

Zwróciłam też uwagę na coś jeszcze - skandynawskie firmy odzieżowe bardzo uważają na to, żeby być odpowiedzialnymi "obywatelami planety Ziemia". Dlatego albo produkują z materiałów recyclingowanych albo/i używają wyłącznie surowców fair trade, albo/i wspomagają uchodźców... Co firma, to inny sposób na biznes odpowiedzialny społecznie.

Ceny? Przystępne. W Fiu Fiu permanentnie trwa jakaś wyprzedaż, więc po sesji miętoszenia "militarnego" płaszczyka za jakąś kosmiczną sumę wspięłam się na piętro - a tam wszystko przecenione o 50% i więcej. InFashion z natury rzeczy jest outletem, a więc nie oferuje pełnych kolekcji, w zamian oferując niewysokie ceny. Ale i tu także jest dział z wyprzedażą. W obu sklepach są też buty, dodatki, biżuteria, czasem nawet kosmetyki organiczne.

Akurat teraz z różnych powodów nie mogę sobie pozwolić na całkowitą wymianę garderoby w szafie, ale podczas przyszłorocznej wyprzedaży letniej zamierzam przerzucić się całkowicie na ciuchy ze Skandynawii. Czas pożegnać marne okrycia z polyestru. Czas porzucić zarowo-haemowe mrzonki o wiecznym byciu dziewczyną. Jestem kobietą. Coraz bardziej.

piątek, 05 listopada 2010
Duża sprawa
Znalazłam sobie niszę ekologiczną. Z racji tego, że na blogach modowych pisze się na ogół o tym, co jest modne i ważne teraz, względnie o tym, co modne dopiero będzie - ja postanowiłam, że od czasu do czasu poględzę trochę o przeszłości. W końcu trochę już tej przeszłości widziałam.

Dzisiaj do wspomnień kombatanta sprowokowała mnie specjalna sekcja strony internetowej włoskiego Vogue'a. Piękne zdjęcia, cudowne stylizacje, a wszystko to w wykonaniu modelek plus size, czyli nieco okrąglejszych niż pozwala na to anorexia nervosa. Oglądałam zafascynowana - mimo że nie jestem jakoś strasznie oburzona na ten okrutny świat mody, który każe normalnym, ładnym dziewczynom zrzucać nagle jedną trzecią swojej wagi. Rozumiem i akceptuję, że niewidomy nie zostanie architektem, a nie dość chuda dziewczyna nie ma szans zostać modelką. Z drugiej strony... jak wiele pięknych twarzy i prawdziwych osobowości marnuje się w ten sposób. Oczywiście, istnieją Lizzie Miller oraz Crystal Renn, ale funkcjonują raczej na marginesie przemysłu modowego. I tak pewnie zostanie jeszcze długo.

Była jednak kiedyś dziewczyna, która zrobiła w tym światku prawdziwą karierę, choć chudzielcem nie była. Zapewne większość z was nie pamięta, kim była Marthe Lagache. Pamiętam, że przeczytałam o niej po raz pierwszy w "Kobiecie i życiu" (magazynowy bestseller kobiecy lat 80, jako pierwszy zamieszczał porady dotyczące seksu oraz kącik plotkarski - zastępczynią naczelnej była tam późniejsza szefowa Twojego Stylu, Krystyna Kaszuba), a było to coś koło 1987 roku. (I nie pytajcie proszę, po co dziecku czytanie takich gazet, bo nie wiem - fakt faktem, że podbierałam je mamie, a gdyby w Polsce istniał wtedy jakiś Vogue, to też bym go pewnie podbierała.)

Otóż Marthe Lagache była pierwszą naprawdę znaną modelką plus size - słodką, wesołą, roztańczoną i normalną. Zaczęła chodzić na wybiegach u Jean Paula Gaultiera, a potem także dla Thierry'ego Muglera i Dresa van Notena. Zauważono ją przypadkiem - studiowała projektowanie mody i w ramach pokazu dyplomowego przeszła się po wybiegu. Była kompletną amatorką. Nosiła bardzo wysokie obcasy, na których czuła się trochę nieswojo - zaczęła więc tańczyć, żeby dodać sobie odwagi. To zachwyciło publiczność. Nie bez znaczenia był fakt, że w latach 80 z sentymentem wspominano lata 60... a symbolem lat 60 była Marylin Monroe, do której Marthe była trochę podobna. No i się zaczęło... Dziewczyna zrobiła furorę do tego stopnia, że pisały o niej wszystkie gazety, także niektóre polskie, co za żelazną kurtyną nie było takie oczywiste. Jej buzia zdobiła okładkę The Face (kolejny legendarny magazyn lat 80) w lipcu 1986 roku:
Marthe szczyciła się rozmiarem 42 i wałeczkami na brzuchu. Po latach wspominała, że praca modelki idealnie wyleczyła ją z kompleksów. W trakcie pracy zdarzyło się jej spotkać Carlę Bruni (wtedy koleżankę po fachu), która zresztą przyznała, że zazdrości jej okrągłego, apetycznego ciała. Karierę zakończyła pod koniec lat 80, ale w modowym świecie pozostała do dziś - pracuje, szukając odpowiednich "miejscówek" na pokazy mody dla największych kreatorów.

A ja niedawno przeczytałam, że dzisiaj już rozmiar 38 jest uznawany za nadwagę, i to nie tylko w świecie modelek. Chyba powinnam się gdzieś schować ze wstydu. Z drugiej strony Beth Ditto (100 kilo żywej wagi) zawędrowała na okładkę Love. Nie macie poczucia, że popadamy ze skrajności w skrajność? Z jednej strony chudzielce o niezdrowym wyglądzie, zaawansowany fotoszoping, z drugiej chorobliwie otyłe olbrzymki. A gdzie są normalne dziewczyny - takie pomiędzy 38 a 40? Tylko we włoskim Vogue'u? Szkoda...
niedziela, 31 października 2010
(przed)Ostatni
Dzisiejszy dzień jest dla mnie podwójnie szczególny. Dziś, w ten ostatni dzień celtyckiego roku, przez cieniutkie zasłony pomiędzy światami zerkam tam, gdzie zazwyczaj zerkać nie wolno. Dzień nagle krótszy, ciemność ogarnia wszystko i wszystkich. Są tacy, co się jej boją - a ja, dziecko tej nocy, otulam się nią jak najcieplejszym płaszczem. Taki dzień jak dzisiejszy jest dobry na zakończenie czegoś i rozpoczęcie nowego.

Tak, nieuchronnie nadchodzi zima, a wraz z nią standardowe szafiarskie kłopoty - krótkie dni, brak dobrego światła, wiatr, mróz. Pozowanie w krótkich gaciach na śniegu wydaje mi się niemądre, a co do zimowych zestawów... Cóż, ile zimowych płaszczy można kupić, żeby je pokazać na blogu? A idea kupowania ciuchów, wykorzystywania ich do zdjęć i oddawania do sklepu jakoś mnie pociąga. Nie powiem, zdarzało mi się zmienić zdanie co do różnych prezentowanych tu rzeczy i oddać je... ale na ogół kłóci mi się to z pomysłem na bloga. Zestawy miały być moje, prawdziwe, sprawdzone w boju, na długo. Tak jak dzisiejsze. I już.


Ale szczerość ma swoją cenę, dlatego od dziś zawieszam działalność szafiarską. Moje zdjęcia będą się tu pokazywały zdecydowanie rzadziej - co nie znaczy, że w ogóle ich nie będzie. A czy poza tym blog umiera? Nie! Będę pisać - o modzie, kolekcjach, wydarzeniach, w których miałam przyjemność uczestniczyć. Także o tych zdarzeniach z mojego i cudzego życia, które w jakiś sposób wpłynęły na modę i moje jej postrzeganie - bo mody nie wolno ograniczać do ciuchów, moda to część popkultury i zawsze jest zanurzona w jakiś kontekst. Pojawią się także podcasty. Powrót regularnych zdjęć szafiarskich przewidziany jest na wiosnę. Prawdopodobnie będą to już jednak zupełnie inne zdjęcia.

A więc - do przeczytania :-) Mam nadzieję, że ta nieco odmienna forma blogowania szafiarskiego mimo wszystko przypadnie wam do gustu.

Buty - Menbur
Kuferek - prezent
Spódnica - C&A
Bluzka - Reserved
poniedziałek, 25 października 2010
Bezdomna obdartuska
Wiem, wiem, że wolicie mnie w retrowych płaszczykach, ładnych sukienkach i innych ubraniach charakterystycznych dla panienki z dobrego domu. Problem w tym, że czasami mam ochotę ubrać się... brzydko. Nie owijajmy w bawełnę - nie mam jednego, typowego dla siebie stylu. Wciąż go poszukuję i nie sądzę, żebym w następnym dziesięcioleciu miała znaleźć coś, co w pełni mnie zadowoli. Jestem zmienna i niestała w uczuciach. W ubraniach zakochuję się, żeby je po pół roku porzucić. Gdyby więc istniał styl, który łączy eleganckie z lumpiarskim, obiektywnie brzydkie z obiektywnie ładnym - zostanę mu wierna aż po grób.

Zaletą powyższego zestawu jest niskobudżetowość - zarówno parka, jak i torebka zostały kupione w szmateksie za łączną kwotę 28 zł, a martensy złowiłam na allegro za połowę swej normalnej ceny. Dorzuciłam do tego nowe, bardzo ciepłe getry z H&M i czapkę z tego samego sklepu. Parka jest oczywiście demonstracyjnie paskudna, ale niesamowicie ciepła (ma podszewkę z polaru), a poza tym daje duże możliwości stylizacyjne. Można podkreślić w niej talię przy pomocy paska (mój ulubiony z Top Shopu - ten z główkami lwów - nadaje się do tego idealnie), można przypiąć do niej kilka kolorowych broszek. Lubię tak. Chociaż nie jestem pewna, czy to modne, czy nie.

Parka - ciuchland
Torebka - ciuchland
Martensy - allegro
Getry - H&M
Czapka - H&M
środa, 20 października 2010
Wyznania sprzedajnej
Oj narobię sobie teraz wrogów, narobię... Ta notka, co tu dużo kryć, powstała pod wpływem wkurzenia - jeśli doczytacie do końca, to domyślicie się, skąd te nerwy. Jedziemy!

Jeśli ktoś łudzi się jeszcze, że na blogach nie zamieszcza się reklam, to jest bardzo naiwny. Zamieszcza się. Zazwyczaj nie są to duże pieniądze dla żadnej ze stron. Reklamodawcy dzięki blogom mogą coś zakomunikować za naprawdę atrakcyjną cenę. Najpopularniejsi blogerzy są w stanie żyć ze swojej działalności (chociaż rzecz jasna nie są to jakieś dzikie tysiące złotych, więc żyć można raczej na dość skromnym poziomie). Innym blogerom - czyli znakomitej większości - dochody z bloga zapewniają kieszonkowe. Miłe są także prezenty, gadżety do testowania, możliwość wejścia na otwarcie/konferencję/imprezę. To proste, niedrogie i bardzo skuteczne jako środek komunikacji - żyjemy w czasach, kiedy najpopularniejsze blogi spokojnie dorównują (jeśli nie przewyższają) poczytnością magazynom i gazetom. No, a porównajcie koszty reklamy prasowej i reklamy na blogu!

Oczywiście, to, że można kupić sobie przestrzeń reklamową na blogu, nie oznacza, że panują tu prawa dżungli. Większość blogerów ma swoje zasady co do zawartości okienek reklamowych. Niektórzy stanowczo odmawiają współpracy z producentami alkoholu i papierosów. Inni - na przykład ja - nie chcą u siebie widzieć typowych tekstów sponsorowanych (czyli takich, które żywcem, nic nie zmieniając, trzeba u siebie zamieścić), za to na marketing szeptany godzę się bez mrugnięcia okiem, jeśli jest inteligentny i przemyślany.

Oczywiście, większość blogerów nie ma czasu, żeby bawić się w samodzielną akwizycję reklam do swojego bloga. Pomagają nam w tym platformy pośredniczące. Wystarczy się u nich zarejestrować. Śledzą nasze statystyki, a od reklam pobierają prowizję, ale dzięki temu nie musimy bawić się w reklamowanie samych siebie - po prostu akceptujemy banner (lub nie) i już. Po stronie pośredników jest także reprezentowanie naszego bloga i przedstawianie go światu jako skutecznego medium.

W Polsce mamy trzy agencje, które pośredniczą na linii reklamodawca - bloger. Każda ma swoje wady i zalety. Oto moje subiektywne doświadczenia ze współpracy z nimi.

1. Blogvertising

Zalety:
- spora skuteczność. Żadna firma tak skutecznie nie zasypuje blogerów ofertami reklam. Nawet mało popularne blogi są w stanie coś uszczknąć z reklamowego tortu dzięki blogvertisingowi.
- niezłe stawki. Mam wrażenie, że blogvertising współpracuje z dużymi graczami na rynku i zdobywa duże budżety reklamowe. Dzięki temu nie oferuje nam błyskotliwych propozycji typu banner na jeden dzień za 10 groszy. Nie, oni zamieszczają u nas całe kampanie, a stawki zaczynają się od kilkudziesięciu złotych - co oczywiście zależy od popularności bloga i czasu trwania kampanii.

Wady:
- lekceważenie w stosunku do blogerów, z których przecież żyją. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której tygodniami czeka się na odpowiedź na maila? Z tego powodu wiele razy chciałam się z tą firmą rozstać. Nie lubię być traktowana z ostentacyjną pogardą.
- rotacje. Piszesz do osoby X, odpowiedź dostajesz od osoby Y, a tydzień później w tej samej sprawie pisze do nas account Z. Można się pogubić.
- opóźnienia w wypłatach. Ja osobiście nie miałam z tym jeszcze problemów, ale znany mi jest przypadek ponad miesięcznego spóźnienia z przelaniem pieniędzy za kampanię. Należy jednak sprawiedliwie przyznać, że pieniądze ostatecznie zawsze trafiają na konto.
- schematyczne działanie. Blogi niszowe mają dużo mniejsze szanse na kampanię, nawet jeśli ich wartość merytoryczna bije na głowę popularny, kretyński blogasek milusiej kiciusi. Dla blogvertisingu na blogach liczy się ilość (odsłon), a nie jakość (notek). Zła moneta zawsze wypiera dobrą.

2. Adtaily

Zalety:
- są na każde zawołanie. Na maile odpisują błyskawicznie, są obecni w serwisach społecznościowych, można z nimi pogadać na blipie i facebooku. Prowadzą dialog z blogerami i nie obrażają się na konstruktywną krytykę. Ktoś, kto tam odpowiada za sprawy wizerunkowe, robi świetną robotę.
- prosty, intuicyjny interfejs dla blogera. Żeby zaakceptować kampanię, nie musisz prowadzić tasiemcowej korespondencji z accountami.
- współpraca z paypalem i brak biurokracji - żeby dostać pieniądze za kampanię, nie musisz podpisywać umowy, czekać na podpisany egzemplarz, a potem iluś tam przepisowych dni roboczych na przelew. Wszystko trwa maksymalnie 3 dni - wchodzisz do interfejsu blogera, wypłacasz kasę i niedługo potem masz ją na paypalu/koncie.

Wady:
- mierna skuteczność. Propozycję kampanii z Adtaily dostaję w najlepszym przypadku raz na miesiąc. Czasem rzadziej. Ktoś może powiedzieć, że to pewnie z powodu mojej słabej popularności - ale z tego, co wiem, blogi z kilkakrotnie większą odwiedzalnością mają identyczny problem.
- rozdrobienie. W Adtaily dominują kampanie typu: banner na 3 dni za 3 zł, a długie, pełnokrwiste kampanie są rzadkością. A już wyjątkowo irytujące są kampanie testowe. Kiedyś dostałam propozycję wyświetlania bannera przez 2 dni bodajże za 9 groszy. Już miałam się obrazić, gdy się dowiedziałam, że inna blogerka dostała identyczną propozycję za 4 grosze. Z rozbawieniem zgodziłam się na kopnięcie zaszczytem - głównie po to, żeby zobaczyć, co teraz będzie.

3. NetSales

Zalety:
- Najmłodszy gracz na rynku, więc wciąż bardzo się stara.
- Działają niestandardowo. Z własnej inicjatywy kombinują, jakby tu dać blogerom coś więcej niż tylko ustalone wcześniej wynagrodzenie.
- Uczciwe zasady - konkretna stawka za konkretną ilość kliknięć na banner.
- Nie tylko błyskawicznie odpisują, ale też sami, nienagabywani, wyjaśniają to, co potencjalnie może być niejasne. Starają się myśleć kategoriami blogera, nie zaniedbując reklamodawcy. Wpadli na to (surprise!), że zadowolony bloger to skuteczniejsza kampania.

Wady:
- Nie mają typowych kampanii bannerowych, które zapewniają dochód, niezależnie od popularności bloga.
- Działają na tyle krótko, że nie miałam jeszcze okazji przetestowania szybkości załatwiania spraw typu umowa, tempo płatności itd. Możliwe, że ten punkt przeniesie się wkrótce do zalet. Lub, co równie możliwe, pozostanie w wadach.

Możliwe, że są jeszcze inni, ale nie współpracowałam z nimi, więc nie mogę się wypowiadać.

Reklamodawcy mogą oczywiście zgłaszać się bezpośrednio do blogerów, z pominięciem pośredników - zwykle nie ma z tym problemu, bo blogerzy są otwarci na negocjacje. Dzięki temu zyskujemy na zasadzie barteru (na przykład: ja tobie reklamę, a ty mi coś ze swojego sklepu internetowego) lub jakiejkolwiek innej. Można się dogadać. Są jednak firmy, które nagabują o spotkanie, piszą prośby i perswazje, zawracają głowę... a potem znikają. Dosłownie znikają. Z tego miejsca chciałabym odradzić współpracę z firmą PinkPig. Latem zaproponowali mi (oraz, jak się potem okazało, innym szafiarkom) udział w evencie reklamowym. Warunki były znakomite - aż zbyt piękne, żeby mogły być prawdziwe. Wszystko było dogadane, a event miał się odbyć w październiku. W połowie września piszę do PinkPig, żeby potwierdzić udział. Cisza. Piszę jeszcze raz. Cisza. Znajoma blogerka, także zdezorientowana, pyta mnie, czy też dostałam od nich propozycję - ona miała więcej szczęścia, bo raz dostała odpowiedź na maila. Ja nie doczekałam jej do tej pory. Czy tak wygląda rzetelność i profesjonalizm? Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie. Podkreślam, że blogerzy są ludźmi i nie należy się ich bać. Ja także nie gryzę, więc jeśli jakiejś firmie eventowej czy pr-owej nie udało się podpisać kontraktu i zrealizować ambitnych planów z m.in. moim udziałem, zrozumiem to. Ale taki ignor, olewanie, brak odwagi cywilnej? W żadnej dziedzinie nie są to pożądane kwalifikacje. W dziedzinie PR takie cechy to dyskwalifikacja. Tak, panie googlu, może pan to zaindeksować.

Osobną kategorią są grupy freaków, którzy wysyłają do nas maile typu: "Zrealizowaliśmy świetną produkcję. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybyś zdecydowała się umieścić ten film na swoim blogu." Dlaczego niby miałabym to zrobić? Jeden logiczny powód poproszę. Bezinteresowna bywam często, ale w stosunku do przyjaciół. W stosunku do nieznajomych, na dodatek naiwnych i liczących na moją naiwność - nie. Uważam takie prośby za przejaw braku szacunku i niepoważnego traktowania mojej osoby. A jeśli ktoś nadal ma ochotę wyzwać mnie od zimnych suk, proponuję zerknąć na bannery charytatywne, które zamieszczam. Są takie i nikt mi ich nie zleca. Gros tych instytucji nawet nie wie, że je linkuję. Muszę mieć jednak pewność, że działam w dobrej wierze, zamiast nabić kabzę cwaniakowi.

Jakie wnioski płyną z powyższego? Kiedyś było coś takiego jak Kodeks Współpracy z Blogerami - ale już nie ma (z tego, co wiem - może słabo guglałam?). A nawet jeśli google trzyma gdzieś jeszcze kopię, to i tak kodeks powstał w 2008 roku, więc istnieje zagrożenie, że mógł się zdezaktualizować. Ja jestem tylko małą szafiarką, nie żadnym tam specem od reklamy na blogach, więc nie reprezentuję żadnego szerszego środowiska i nie mam ambicji tworzenia kodeksu. Pozwoliłam sobie zatem na opracowanie lakonicznego dekalogu dla reklamodawców współpracujących z blogami, pisany z punktu widzenia blogerki.

1. Szanuj nas i nasz czas.
2. Nie nagabuj - uszanuj odmowę. Nie spamuj naszych skrzynek.
3. Odpisuj na maile.
4. Szybko wywiązuj się z zobowiązań. Jeśli coś w tym przeszkadza, informuj o tym na bieżąco.
5. Nie bój się komunikować porażek (np. kampania nie doszła do skutku). Informuj o wszystkim jasno i uczciwie. Nie ukrywaj niczego i nie matacz. Prawda i tak wyjdzie na jaw.
6. Nie próbuj traktować nas niepoważnie. Przykład niepoważnego traktowania został opisany tutaj.
7. Odpisuj na maile.
8. Wiemy, że jesteś między młotem i kowadłem, czyli między reklamodawcą i reklamobiorcą. Spróbuj być w porządku wobec obu stron.
9. Zorientuj się, kogo reprezentujesz. Zaglądaj czasem na blogi, na których w imieniu blogerów sprzedajesz powierzchnię reklamową.
10. Hm... sprawdź, czy przypadkiem nie czeka na ciebie mój mail? ;-)

A wy? Jakie są wasze doświadczenia? Drogie firmy, czy uważacie, że blogerzy to osoby, którym uderzyła woda sodowa? Drodzy blogerzy, czy mieliście jakieś problemy, współpracując z firmami? Czekam na komentarze. Tylko bez awantur, proszę :-)
poniedziałek, 18 października 2010
Trochę inaczej
Są takie rzeczy, które się zmieniają, i są takie, które wciąż są takie same. Jeszcze tydzień temu bez wysiłku wytrzymywałam na dworze w lekkiej jedwabnej bluzce i dżinsach. Siadałam na pieńku i grzałam plecy na słońcu jak zadowolona kotka. Teraz nagle zrobiło się lodowato, a trawa rano srebrzy się szronem. Świat się zmienił i znowu stało się to zbyt szybko. W miarę spadku temperatury w mojej szafie przybywa swetrów, kurtek i płaszczy. Ostatnio do kolekcji dołączył płaszcz z Mango. I tylko beret ciągle ten sam.

Zmienia się także ten blog, i jest to wstęp do zmian, które nastąpią w ciągu najbliższych kilku tygodni. Póki co dodałam facebookowy guzik "Like" czyli "Lubię to" (na razie widoczny tylko z widoku komentarzy). Zachęcam do klikania! Drugą zmianą, jaką teraz wprowadzam, jest definitywna rezygnacja z podawania cen przy liście ubrań i dodatków. Kupuję ostatnio rzadziej, ale gdy już kupuję, to rzeczy jak najlepszej jakości i o dość wysokiej cenie. Niestety, tak to często działa - coś za coś. Nie chcę dowiedzieć się potem od jakiejś zazdrośnicy, na co jej zdaniem lepiej byłoby wydać te pieniądze. Miałam kilka takich przypadków i za każdym razem na usta cisnęła mi się barwna wiązanka wulgaryzmów. Nie chcę odrabiać tej lekcji po raz kolejny. Nikogo przecież nie okradam.

Zrobiłam też porządki w szafie, a część rzeczy wyprawiam w świat przy pomocy allegro. Zapraszam :-)

Płaszcz - Mango
Buty - modcloth.com
Beret - Wylęgarnia
poniedziałek, 11 października 2010
W biegu
Bawełna dżinsów. Jedwab bluzki. Wysokie obcasy - jedyny kompromis ze światem glamour. Zwyczajna torebka. Więcej nie trzeba. Nie wiem tylko, dlaczego na zdjęciu nie widać tej klawiatury, która przyrosła mi ostatnio do ręki?

Jestem szczęśliwa i ledwie żywa z zabiegania. Mam więcej pracy niż wtedy, kiedy pracowałam na etacie oraz gdzieś tak z pięć razy więcej satysfakcji. I tylko jedno pytanie do świata - dlaczego doba uporczywie nie chce mieć więcej niż 24 godziny?


Dżinsy - prezent od firmy Levis (w sklepie kosztują 369 zł)
Bluzka - Reserved, 99 zł
Kolczyki - po cioci, mają ze 25 lat, jeśli nie więcej
Bransoletka - H&M, 22,90 zł
Buty - modcloth.com, 38$
Torebka - Nine West, 119 zł
czwartek, 07 października 2010
Dwa łyki klasyki
Kolejna wizyta w Reserved skończyła się atakiem zakupoholizmu. Ledwie skończyłam wyprzedaż sukienek na allegro, a już zaczęłam kupować następne - ale jak tu zostawić na wieszaku wełnianą sukienkę w moją ukochaną pepitkę? Oczywiście, nie odkrywam tym zestawem Ameryki, ale klasyki nie pokazywałam już dawno, więc niech będzie.

A Warszawiankom polecam salon Reserved w Wola Parku - mam wrażenie, że wszystkim jest tam za daleko, więc rzeczy z nowej kolekcji, po których w innych sklepach nie zostało już nawet wspomnienie, tam wiszą sobie spokojnie i czekają. To samo zresztą dotyczy Tesco na Połczyńskiej - dłużej niż gdzie indziej można tam znaleźć całość kolekcji F&F w pełnej rozmiarówce.

Sukienka - Reserved, 139 zł
Torebka - złowiona na swapie, 15 zł
Naszyjnik - kupiony w małym sklepiku w Zamościu latem 1992 r. (co oznacza, że jest już pełnoletni!)
Buty - modcloth.com, 38$
Bransoletka - H&M, 22.90 zł
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17