Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
poniedziałek, 04 października 2010
Moda w służbie przemysłu spożywczego
- Czy w tym sezonie modne jest noszenie knedli? - zapytał Arim z przekąsem, patrząc na mój nowy naszyjnik.
Kiedy minęły mi już faza śmiechu i faza oburzenia, stwierdziłam, że coś w tym faktycznie jest: pompony, z których składa się naszyjnik, przypominają knedle. Albo pyzy. Czekam zatem niecierpliwie na naszyjnik z pierogów. Najlepiej takich trochę podsmażonych - wtedy będą w najmodniejszym kolorze sezonu, czyli (hahaha) kamelowym ;-)

A z tymi pomponami to trochę ściema - od kilku sezonów są ogłaszane hitem, którym się nie stają. Regularnie lądują na czapkach i beretach, owszem. Ale swetry i sukienki zrobione z samych pomponów lub ozdobione nimi - mimo że widywałam je w modowych magazynach - jakoś się nie przyjęły. W sumie chyba żałuję. To wesoły dodatek, choć rzecz jasna raczej dla młodszych osób niż starszych. Kupiłam sobie kiedyś w Reserved zabawny ocieplacz zawiązywany na troczki z pomponami i do tej pory boję się go tutaj pokazać, z obawy przed zarzutem infantylności.

A propos Reserved. Od kilkunastu dni możecie tu zobaczyć banner nowej kampanii reklamowej tej firmy. I przyznam, że jest to chyba ich pierwsza kampania, która naprawdę mi się podoba - bo kto nie lubi historii o kopciuszkach z małych miasteczek, którym nagle spełniają się marzenia? Kampania kampanią, ale jest też wymierny efekt w postaci zniżki na zakupy w wysokości 15 lub 20% (ta większa zniżka dla fanów Reserved na facebooku). Sama skorzystałam z upustu dzisiaj i kupiłam sobie piękny zimowy płaszcz. Kame... beżowy. A jakże ;-) Premiera po pierwszych mrozach.

Naszyjnik - Vintage Agi, 21.96 zł
Sukienka - Zara, 99 zł
Kurtka - Topshop, 609 zł
Torebka - złowiona na swapie, 15 zł

P.S. Dziś Światowy Dzień Zwierząt - z tej okazji szafiarki opowiadają o swoich pupilach i pomagają tym, które nie zaznały szczęścia mieszkania w prawdziwym domu. Ja z powodu zaziębienia (ciągnącego się już od ponad tygodnia) nie zrobiłam żadnych nowych zdjęć swojej kociej ulubienicy, ale wspomagam zwierzaki na swój własny sposób. Zwróćcie uwagę na nowy banner po lewej stronie - jest podlinkowany do informacji o bezpłatnym czipowaniu psów i kotów w Warszawie. Może warto skorzystać?
środa, 29 września 2010
Na pożegnanie lata
Te fotki powstały w niedzielę. Było mi trochę smutno, bo wiedziałam, że to chyba ostatnie zdjęcia w tym roku z krótkim rękawkiem. Od poniedziałku znowu pada, a ja, mimo swojej miłości do jesieni, znoszę ją w tym roku gorzej niż zwykle. Chwyciło mnie też pierwsze przeziębienie - nadspodziewanie wcześnie, bo zazwyczaj deszcze i naloty wrześniowych mikrobów były mi niestraszne, a sezon na smarkanie rozpoczynałam w listopadzie.

Siedzę więc w domu, piję herbatę, pracuję, a wieczorami tonę w książkach. Z żalem zaczęłam upychać w pudłach letnie buty - mam ich całe mnóstwo, o wiele więcej niż butów jesienno zimowych. Tych czarnych ze zdjęć też pewnie już nie założę w tym sezonie... ech.

Obiecuję, że kolejna notka będzie bardziej optymistyczna.

Buty - 116 zł, allegro
Tiszert - Kuxido (kupiony spontanicznie podczas Open'era - nie powiem, ile zapłaciłam, bo natychmiast dowiem się, jaką to straszną utracjuszką jestem)
Spódnica - 29 zł, Zara

PS. Kiedy pisałam tę notkę, zza chmur wyszło słońce :-)
wtorek, 21 września 2010
Dżin(s) z tonikiem
Oj, robi mi się z bloga kronika towarzyska - jakoś tak ostatnio się układa, że wszędzie mnie pełno... Tym razem będzie o dżinsach. To słowo było w zeszły czwartek odmieniane przez wszystkie przypadki w warszawskim salonie Levis. Zebrało się tam całkiem zacne towarzystwo - blogerki, koneserki ciekawych ubrań, a bystre oko mogło wypatrzyć także Novikę. Przyczyna całego zamieszania nazywała się Levi's Curve ID. To nowa linia dżinsów, dostosowanych krojem do kobiecej sylwetki. Dzięki temu nigdzie nie odstają i ładnie się układają.
Poniżej kilka zdjęć - robiłam je sama, więc niestety są o pięć poziomów gorsze niż te pstrykane przez Arima. A że są na nich praktycznie tylko szafiarki? Cóż, pozwolę sobie zacytować Agatę: "Mówią o szafiarkach, że to kółko wzajemnej adoracji. No trudno, nie da się inaczej, kiedy wszystkie są takie sympatyczne".

Styledigger i Baglady.

Robaczek i Pani Mruk.

Kiwaczek, Baglady i Ryfka.

Kocia Szafa - jeszcze ładniejsza niż zwykle. Małżeństwo jej służy! :-)

Wintydż i Styledigger.

Ryfka w roli paparazzi ;-)
Polecam też notkę na blogu Kiwaczka, który szczegółowo tłumaczy, jak dobrze wybrać dżinsy.
Ufff, a teraz już wystarczy tych imprez. Jadę w ciemny, ciemny las - świętować Jesienne Zrównanie.
poniedziałek, 20 września 2010
Być jak Anna Wintour ;-)
Działo się, działo! Cały zeszły tydzień biegałam jak szalona z miejsca na miejsce, usiłując pogodzić dziesiątki różnych zajęć. Chwytałam wiedzę w locie, poznawałam ludzi, i pisałam, pisałam, pisałam... A wszystko dlatego, że uczestniczyłam - w nowej dla siebie roli przedstawicielki patrona medialnego - w warsztatach dla dziennikarzy modowych, zorganizowanych przez Centrum Cybernetyki i Fashion Project.
O miejscówce pisałam już kilka razy - w moich oczach wyrosła na najfajniejsze modowe miejsce na mapie Warszawy. Cały czas coś się tam dzieje - a to spotkanie z kimś ciekawym, a to targi, a to warsztaty projektowania i szycia. Tym razem było więc o prasie, magazynach, formach dziennikarskich. O tym, na co warto zwracać uwagę opisując pokaz lub kolekcję. Jak organizować sesje zdjęciowe, jak zrobić dobry edytorial do magazynu, jak pisać, żeby było ciekawie, gdzie weryfikować informacje... Warsztaty prowadzili dziennikarze m.in. TVN i TVN24 (Jurand Sękowski, Ewa Krajewska i inni), Agata Passent, Filip Niedenthal z "Podróży", Ina Lekiewicz z "Glamour". We wtorek nasze prace edytorskie surowo, ale sprawiedliwie oceniała redaktor naczelna "Glamour", Anna Jurgaś. W środę cały dzień spędziliśmy w Centrum Sztuki Współczesnej - to tam odbył się pierwszy z dwóch fantastycznych wykładów Any Finel Honigman, dziennikarki piszącej m.in do brytyjskiego Vogue'a i New York Timesa. Pierwszego dnia Ana opowiadała o kontrowersjach związanych z modą, a nazajutrz o relacjach pomiędzy modą a sztuką współczesną. Jeśli jednak myślicie, że na pogadankach się skończyło, to jesteście w błędzie - niemal po każdych zajęciach uczestnicy mieli do odrobienia pracę domową. Był to więc bardzo intensywny tydzień. I nie dało się ściemniać.
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym szczerze nie walnęła prawdy o jednym niedociągnięciu. Był nim... czas. Zajęcia albo się spóźniały, albo przeciągały... Już nie wspomnę o tym, że przez cały tydzień byłam w permanentnym niedoczasie ze wszystkim - a to dlatego, że na plakacie reklamującym przedsięwzięcie znalazła się błędna informacja, że warsztaty trwają każdego dnia od 10 do 14. W rzeczywistości trwały dużo dłużej. Dzięki temu oczywiście można się było więcej nauczyć, ale misterne plany trafił szlag. Były nerwy, owszem. Ale jakoś daliśmy radę. W piątek odreagowywałyśmy - o tak:

Jak widać powyżej, w warsztatach uczestniczyła spora reprezentacja szafiarek. Oprócz mnie była tam jeszcze Ewa, Styledigger (nie ma jej niestety na pamiątkowej fotce), Fashioneria i Berenika. Berenika okazała się zresztą być moją koleżanką po piórze - skończyła studia na tym samym wydziale :-)
Poniżej coś na kształt fotoreportażu. Autorką większości zdjęć jest Asia, czyli Fashioneria.

Wnętrze Centrum Cybernetyki. Praca twórcza warsztatowiczów, jak widać, wre.

Pomiędzy zajęciami koniecznie trzeba się czegoś napić... (Berenika i ja).

Ewa. Every little thing she does is magic...

Tu znowu ja.

Wykład Any Finel Honigman. Tak fajny, że mogę jedynie powiedzieć: żałujcie, że was tam nie było.

Praca nad sesją modową dla pisma - należało wybrać odpowiednie zdjęcia, zestawić je w spójną historię, opisać... To wcale nie takie łatwe, jak mogłoby się wydawać.

Tu byłam! Fashionistka.

...a teraz jestem tu.
Jutro ciąg dalszy opowieści o wydarzeniach ubiegłego tygodnia - tym razem o imprezie w salonie firmy Levis w warszawskich Złotych Tarasach. Ja też tam byłam, krakersy jadłam i wino piłam. Do przeczytania!
wtorek, 14 września 2010
Nie twoja broszka ;-)
Zawsze byłam miłośniczką błyskotek wszelakich, ale od jakiegoś czasu broszki przedkładam nad inne ozdoby. Mam wrażenie, że to najbardziej niedoceniany rodzaj biżuterii. O tym, jakie są ich możliwości i jak fantastycznie potrafią uzupełnić zestaw, przekonałam was (i siebie) już prawie dwa lata temu, w tej notce. Teraz odkrywam broszki na nowo i w tej notce chwalę się nieskromnie swoją małą (jeszcze) kolekcją. Część z nich już widzieliście, a część nie. Niech dzisiaj wystąpią razem - w końcu to rodzina ;-)

sobota, 11 września 2010
Epopeja swetrowa
...czyli w dalszym ciągu jest zzzzimno. Czy lato jeszcze do nas powróci? Chociaż na chwilę?

Mimo wszystko jesień nie jest zła. Jeśli tylko ma się wełniane swetrzysko...

Czasami podczas fotospacerów spotykamy dzieci, koty, psy... Biegną do nas, włażą nam w kadr. Panie i panowie, oto on - mistrz drugiego planu:

Sweter - H&M, 179 zł (ale ja zapłaciłam 134, bo miałam kupon zniżkowy na 25%)
Buty - Deichmann, 69 zł
Top - ciuchland, 7 zł
Spódnica - Zara, 29 zł (ubiegłoroczna wyprzedaż)
Torebka - Orsay, 99 zł

P.S. A tu jeszcze suplement. Po ubiegłotygodniowej dyskusji z cyklu "sutek a sprawa polska" przyjrzałam się uważnie zdjęciu z poniedziałku i doszłam do wniosku, że piersi piersiami, ale ogólnie tamto ujęcie było jakieś niezbyt korzystne. Wrzucam więc inne zdjęcie w poprzednim zestawie. Ot, takie wydanie drugie, poprawione (chociaż obie fotki powstały w tym samym czasie, w odstępie kilku minut od siebie).
P.S. Wciąż wrzucam nowe rzeczy na allegro. Ludzie, ludzie, zwariowałam! Prawie za darmo! Uszczuplam swoją kolekcję torebek i sukienek. O tutaj.

poniedziałek, 06 września 2010
Tytuł wykonał nieprawidłową operację i zostanie zamknięty
Miłośnicy mojej talii mają prawo czuć się w tym odcinku rozczarowani - powitałam się właśnie z długimi, ciepłymi swetrami. Tak ubrana razem z Arimem pojechałam w sobotę na wieczór oglądania slajdów z Indii, zorganizowany przez znajomych, którzy niedawno wrócili z kilkutygodniowej podróży do tego niezwykłego kraju. Było fajnie i zzzzzimno (slajdy były wyświetlane na zewnątrz, jak tylko się trochę ściemniło). Niestety, w tym samym miejscu imprezowały również komary - one ucieszyły się na nasz widok, a my na ich widok znacznie mniej. Cóż jednak było robić - bawiliśmy się dalej w warunkach niezbyt harmonijnej egzystencji międzygatunkowej. Zdjęcia pstryknęliśmy już następnego dnia.

Tutaj jedna z moich najstarszych broszek (i chyba w ogóle jedna z najstarszych rzeczy w moich szufladach). Kupiłam ją będąc jeszcze uczennicą podstawówki, jakoś w połowie lat 80.

A tu moje ukochane ostatnio buty, tegoroczny letni łup wyprzedażowy - zastępują mi moje stare oksfordy, które były już tak zniszczone, że kompletnie do niczego się nie nadawały i musiałam je (z bólem) wyrzucić.

Sukienka - C&A, 49 zł
Sweter - C&A, 25 zł
Broszka - kupiona za kieszonkowe w sklepie papierniczym p. Zielińskiej
Rajstopy - prezent
Buty - Zara, 69 zł (przecenione z 289!)

P.S. Uwaga! Posprzątałam w szafie. Tęsknisz do wyprzedaży? Nie udało Ci się upolować niczego ciekawego? Nie martw się. Zajrzyj tu.
niedziela, 05 września 2010
Czarownica
Dziś nieco nietypowa notka - biorę udział w szafiarskiej akcji, honorującej dzień postaci z bajek. W związku z tym postanowiłam opowiedzieć wam pewną bajkę - niebajkę.

Ta opowieść rozpoczęła się dla mnie pod koniec lat 90, kiedy po raz pierwszy weszłam do internetu i zaczęłam szukać - ludzi, informacji, lektur. Wiedziałam już, że coś jest ze mną nie tak, że za czymś tęsknię... a kiedy ktoś pytał, co to jest, odpowiadałam cytatem z "Księcia Kaspiana" C.S. Lewisa: "Chciałabym żyć w dawnych czasach".

...a może ta opowieść rozpoczęła się wcześniej? Wraz z pierwszym bukietem ziół, starannie ususzonych i powieszonych pod ławką w ogrodzie? Razem z czarnym kotem, plączącym się wiecznie koło nóg, a potem kolejnym, i kolejnym, i kolejnym? Razem ze wszystkimi możliwymi mitologiami, czytanymi jeszcze we wczesnej podstawówce?

W bajkach czarownice zwykle są złe. A to próbują podstępnie zgrillować Jasia i Małgosię, a to podają śpiącej królewnie zatrute jabłuszko. Ale życie nie jest tak czarno - białe. W prawdziwym życiu czarownice już dawno się przekwalifikowały i dziś raczej spieszą z pomocą. Leczą, doradzają, dodają innym wiary w siebie. Jedno się jednak nie zmieniło od lat - nie znam mianowicie prawdziwej wiedźmy (chwilowo zapomnijmy o pozerkach z pentagramem, które nie rozumieją znaczenia noszonego symbolu), która byłaby idiotką. To po prostu oksymoron - wiedźma i głupota. Te zjawiska nie chodzą w parze.

Dzień postaci z bajek... i nie tylko bajek. Czasami baśnie przeplatają się z życiem tak subtelnie, że nie widać granic. Ta baśń miała wiele rozdziałów - lepszych i gorszych, smutnych i wesołych, ale wciąż chcę w niej żyć. Jestem tym, kim jestem.

P.S Zdjęcie nie jest nowe - zostało zrobione niemal dokładnie 10 lat temu w Bolkowie. Autorem jest Mirosław Należyty.

P.S 2 Akcję wymyślił i koordynuje pewien sympatyczny Robaczek.
czwartek, 26 sierpnia 2010
Z zawodu jestem magazynierem
Poniższa notka została po części sprowokowana przez podcast Styledigger, która ostatni odcinek poświęciła częściowo modowym gazetom (możecie go znaleźć tu). Ale ad rem.
Tak się składa, że chwalebnie ukończyłam studia dziennikarskie z podwójną specjalizacją - w trakcie studiów praktyki miałam w radiu, ale magisterkę pisałam z prasoznawstwa. Podczas pisania nie obyło się bez długich nasiadówek w Bibliotece Narodowej, ale sporo materiałów po prostu miałam, bo od lat zbieram gazety i magazyny. Kiedy od czasu do czasu jestem zmuszona się pozbyć jakiejś części kolekcji, jestem niepocieszona. Jakiś czas temu wyrzuciłyśmy z mamą kilkanaście roczników "Twojego Stylu", kupowanych prawie od początku istnienia pisma. Było nam przykro. Zdaje się, że podobny los spotkał roczniki "Vivy" i "Cosmopolitan". Ale większość magazynów modowych dzielnie trzyma się w domu (zarówno u rodziców, jak i u mnie), poupychana w pudełkach i na regałach. Od jakiegoś czasu jednak kupuję mniej czasopism, bo raz, że poziom tekstów spadł na łeb na szyję (zdarzają się nawet błędy ortograficzne! A już interpunkcja stanowi dla naszych żurnalistów coś z pogranicza sztuki magicznej i abstrakcyjnej); a dwa, że w każdej jest to samo. Przykładem na to były teksty o szafiarkach, które przez 1,5 roku sukcesywnie przetaczały się przez wszystkie "babskie" gazety. A ostatnio w pewnym popularnym magazynie modowym czytałam niebywale śmieszny (ale aspirujący do znawstwa i demaskacji) tekst o warszawskich hipsterach. Plac Zbawiciela (vel Sempo - pozdrawiam osoby, które rozpoznają ten skrót) był do niedawna jednym z moich stałych szlaków komunikacyjnych, a sporo moich znajomych regularnie bywa w okolicznych lokalach i nigdy nie określiłoby się mianem lansera. Tak więc porcja wrednego chichotu była potrójna, a decyzja prosta - polski magazyn "papierowy" kupię wyłącznie wtedy, gdy będzie tam gwiazdorzył ktoś z moich przyjaciół (warunek konieczny). Z internetowymi magazynami rzecz jasna sprawa ma się całkiem inaczej. Do niedawna uwielbiałam Dilemmas - miałam też przyjemność go współtworzyć. Niestety, poziom ostatniego numeru dość spektakularnie zjechał w dół - jako optymistka wierzę jednak w perspektywę poprawy. Nieźle zapowiada się UltraŻurnal. Niestety, na etapie zapowiadania zatrzymał się Vint (zaledwie dwa numery w ciągu dwóch lat - szkoda). Fajny jest dział mody w Piana Magazine.
Skutek braków na polskim rynku jest taki, że wykorzystuję znajomych spoza Polski i co jakiś czas w moich rękach ląduje świeżutki, pachnący nowością numer brytyjskiego "Vogue'a". Wystarcza mi on za wszystkie magazyny świata. A największą przyjemnością jest oczywiście coroczne przewertowanie "the september issue". Tegoroczny akurat teraz jest w angielskich kioskach, a ja powinnam go dostać lada dzień. Wrześniowy numer to dla modowego światka coś w rodzaju zwiastowania i nowego roku w jednym. Prezentuje trendy na kolejne 12 miesięcy - najbardziej koncentruje się oczywiście na nadchodzącym sezonie jesień zima, ale na podstawie tej wyroczni można wyciągnąć także wiążące wnioski odnośnie wiosny. Tak, wrześniowy numer to prawdziwa legenda - o czym nie trzeba przekonywać nikogo, kto oglądał ten film.
Ale nie samym Vogue człowiek żyje. Zdarza mi się także oglądać sesje zdjęciowe w "How to spend it", czyli ukazującym się raz w tygodniu dodatku do Financial Timesa. Są przepiękne i bardzo odrealnione modowo i fotograficznie (choć to oczywiście zależy od konkretnej sesji). Jednak największe wrażenie zrobił na mnie ostatnio magazyn "Love", redagowany przez Katie Grand. Nie mogę powiedzieć, że jestem stałą czytelniczką, ale dzięki pewnej zaprzyjaźnionej modomaniaczce mogłam przewertować pierwszy numer, ten legendarny, z Beth Ditto na okładce. To kompletnie inny świat, inna jakość. Sesje - tak, ale nie są to typowe zdjęcia modowe. Poruszają się raczej na pograniczu mody i sztuki. Teksty - ciekawe, inspirujące, ale nie uświadczysz tam poradnikowych blabla w stylu "do beżowego płaszcza załóż brązowe spodnie w stylu safari". Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że takie teksty nie są potrzebne (sama je zresztą pisuję). Po prostu czasami potrzebuje się czegoś zupełnie innego, a moda to nie jest zbiór regułek typu: połącz ze sobą ubrania A, B i C, a potem dodatki D, E, F. Od prawdziwego modowego magazynu oczekuję raczej inspiracji, uchylania pewnych drzwi. Również w dziedzinie eksperymentów foto. Oglądając "Love" co chwila zatrzymywałam się i wołałam Arima, żeby zobaczył, jak można coś uchwycić, zagrać światłem, winietowaniem. Ot, taki samouczek ;-)

Tyle w kwestii magazynów. Mogłabym pisać dłużej... ale po co, skoro tam, gdzie diabeł nie może, tam bloga pośle :-) Tak, ja naprawdę uważam, że blogi w dużej części zastąpiły nam magazyny. Są do przodu względem wszystkiego. Nie opisują trendów, tylko bezbłędnie je wyznaczają. Dlatego czasopisma - tak, z radością. Nie przestanę ich zbierać. Ale na co dzień przeglądam przede wszystkim - blogi.

A żeby nie było, że odcinek kompletnie nieszafiarski - na powyższych zdjęciach możecie sobie pooglądać mnie w udomowionym wydaniu. Pełen luz, koszula mojego faceta i bose stopy. No i magazyny...
środa, 25 sierpnia 2010
Hamlet, książę duński
Tak, oczywiście, Hamlet powinien być na czarno i lansować się z emo czaszką. Ale te cudowne rękawy skojarzyły mi się automatycznie z duńskim królewiczem i skojarzenie nijak nie chciało opuścić mojej głowy.

Z moimi ciuchami jest jakoś tak śmiesznie, że najlepsze zdobycze pochodzą albo z ciuchlandu, albo są prezentami. Tak było także i tym razem. Dżinsową kurtkę z ręcznie doszywanymi szydełkowymi koronkami dostałam w prezencie od Harel, która z kolei zrobiła ją dla Dilemmasa jako swój ostatni DIY (Do It Yourself, czyli Zrób to sam) dla tego magazynu.
Mam w życiu strasznie dużo szczęścia - a jego częścią są fajne koleżanki :-)

Kurtka - prezent :-)
Buty - Deichmann, 69 zł
Spódnica - C&A, ok. 50 zł
Top - ciuchland, 8 zł
Torebka - ciuchland, 11 zł
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17