Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
wtorek, 24 sierpnia 2010
Konkurs Pantene Pro-V - wyniki
Mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak banał, ale... miałam problem z wyborem zwycięzców. Wszyscy przesłali fajne zdjęcia, niezłe technicznie, ciekawie zaaranżowane. No, może trochę zbyt dosłownie potraktowaliście motyw kwiatu - nie chodziło mi o najfajniejsze fotki z kwiatem we włosach/ubraniu/czymkolwiek, tylko o zilustrowanie hasła "Nature Fusion", twórczą interpretację. No, ale koniec gadki, czas na prezentację zwyciężczyń:

Miejsce 1 - Alien920121 - za romantyczny nastrój w stylu tajemniczego ogrodu:

Miejsce 2 - Kiwaczek - za nieszablonowe potraktowanie tematu:

Miejsce 3 - Magdalena - za piękny portret:

Oczywiście, numeracja miejsc jest subiektywna i czysto umowna, ponieważ wszystkie zwyciężczynie dostają identyczną nagrodę, czyli półroczny zestaw kosmetyków Pantene Pro-V Nature Fusion. Za chwilę wysyłam do was maila z informacją o wygranej, a później... czekajcie na przesyłkę :-)

Bardzo dziękuję wszystkim za udział i piękne fotografie. Będzie co oglądać w długie, zimowe wieczory :-) Zapraszam do udziału w kolejnych konkursach.

PS. W tzw. międzyczasie dzięki niezawodnej koleżance 3Jane dowiedziałam się, że tajemnicza chińska roślina Cassia, która jest głównym składnikiem kosmetyków Pantene Pro-V to po prostu... cynamonowiec.
niedziela, 22 sierpnia 2010
Notka lekko spóźniona
Ta notka w zasadzie składa się z dwóch osobnych notek, przy czym pierwsza miała ukazać się w czwartek, a druga w piątek. Szczytne plany wrzucenia choćby jednego wpisu w piątek wieczorem spaliły na panewce - po wyjątkowo zabieganym tygodniu czułam się i wyglądałam jak portret pamięciowy. Zafundowałam sobie weekend nicnierobienia i wrzucam wszystko teraz.
Notka pierwsza miała zostać zamieszczona w czwartek, 19 sierpnia. Ta data zapisała się wyjątkowo w szafiarkowym świecie - dwa lata wcześniej zorganizowałyśmy sobie pierwszą akcję szafiarską na dużą skalę. Od tego czasu co roku świętuję urodziny Coco Chanel. Jak? Oczywiście, zakładając małą czarną. Tak wyglądałam dwa lata temu, a tak rok temu. Ponieważ ostatnio kupiłam dwie kolejne czarne sukienki (jedną mogliście zobaczyć w poprzedniej notce), uznałam, że i w tym roku poświętuję.

No i poświętowałam :-) Tym bardziej, że notka jest też dobrym pretekstem do pochwalenia się kolejną lumpeksową zdobyczą. Będąc w tym roku na Openerze tradycyjnie oddawałam się nałogowi, czyli zwiedzałam ciuchlandy w kolejnym mieście. Przy ul. Abrahama w Gdyni odkryłam jeden z najcudowniejszych sklepów tego typu. Chociaż właściwie "ciuchland" nie jest dobrym określeniem. Pawilon - bo tak nazywa się to miejsce - jest rasowym sklepem vintage, kolorowym, z ogromnym wyborem wszystkiego, z przemiłą obsługą, a nawet... promocjami na konkretne towary! Nie powiem, jakiego oczopląsu tam dostałam, ile czasu tam spędziłam i jak mocno Arim musiał mnie stamtąd wyciągać. Skończyło się na kupieniu jednej torebki, która jest tak piękna, że "robi" na zdjęciu powyżej za biżuterię. A do Pawilonu na pewno jeszcze wrócę.

Sukienka - C&A, 49 zł
Torebka - sklep vintage Pawilon, 15 zł
Szpilki - Deichmann, 69 zł
Okulary - Reserved (ale cenę zapomniałam - zbyt dawno je kupiłam)

W czwartek odbywał się też pewien bal. Ale nie, Coco Chanel nie wydawała w zaświatach przyjęcia urodzinowego, za to Annuszka rozlała olej słonecznikowy, wskutek czego portal Stylio zapraszał na wielki finał bitwy stylistów, połączony z promocyjnymi zakupami w pewnym szatańskim sklepie. To było moje kolejne spotkanie z jego mrocznością - w poprzednim tygodniu oglądałam także nową kolekcję denimową. Na czwartkowy bal u szatana tłumnie przybyły blogerki i nie tylko...

Jabłka. Węża nie stwierdzono. Chociaż ci i owi z pewnością usiłowali utrzymać go w kieszeni...

Eks-dilemmatka Ewa. Od niedawna - żurnalistka. Ma sporo powodów do zadowolenia. Z dumą przyznaję, że gram w tej samej drużynie :-)

Eksperci haemu dzielnie pozowali do zdjęć i służyli pomocą zagubionym zakupoholikom...

Ekspertka Charlize :-)

Nie ma to jak spotkać się ze znajomymi...

Królowa jest zachwycona! ;-) Obok Kiwaczek.

Spodziewałam się różnych rzeczy (w końcu na balu u szatana niejedno zdarzyć się może), na przykład tego, że Pałac Kultury odleci w kosmos. Ale jakoś nie odleciał.
Jak było na imprezie? Nie pytajcie, bo jak powiem, to następnym razem mnie nie zaproszą. OK, skoro nalegacie. Na imprezie było głośno.Tyle w temacie.

Na koniec tej arcydługiej notki przypominam wam o konkursie na stylizację, który ogłosiłam (prawie) tydzień temu. Czekam na wasze fotki! Rozwiązanie konkursu we wtorek wieczorem.
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Kompromis + konkurs dla czytelników
Pod ostatnim wpisem niektórzy z czytelników zarzucali mi, że maskuję sobie talię i popełniam szereg innych grzechów kardynalnych. Wzdychałam ciężko pod każdym komentarzem, ale wiem doskonale, że nie mogę obiecać poprawy. Cóż ja na to poradzę, że uwielbiam rzeczy luźne, wygodne, obszerne. Nie czuję potrzeby eksponowania dokładnie wszystkich zalet własnego ciała za każdym razem. No, ale niech będzie - dziś notka kompromisowa, która pokazuje, że owszem, posiadam wcięcie w talii. Oraz biust, biodra i nogi, z których ośmielam się być zadowolona.

Umówmy się więc, że od dzisiaj, jeśli ktoś zechce się przekonać, iż posiadam wszystkie wyżej wymienione, cofnie się do tej notki. A ja sobie tymczasem szybciutko wrócę do dżinsów rurek, szortów w kształcie trapezu, sukienek z ciuchlandu i długich swetrów. Niniejszym czuję się rozgrzeszona ;-)


Sukienka - C&A, 49 zł
Kwiat - przypinka - H&M, 19.90 zł
Szpilki - Deichmann, 69 zł

A teraz bonus dla czytelników, którzy wykazali się cierpliwością i doczytali moją radosną twórczość aż do tego momentu. Od dwóch tygodni dzięki uprzejmości sponsora testuję nowe produkty Pantene Pro-V Nature Fusion - szampon, odżywkę, maskę i serum wzmacniające. Na razie nie widzę na włosach piorunujących rezultatów, ale muszę przyznać, że wszystkie produkty mają prześliczny zapach. Co najlepsze, zapach zostaje na włosach i pozostawia wrażenie miłej świeżości. Producent zapewnia w swoich materiałach, że kosmetyki łączą to co najlepsze w technologii Pro-V z właściwościami azjatyckiej rośliny Cassia, od dawna znanej w tradycyjnej chińskiej i hinduskiej medycynie. Na hinduskiej medycynie znam się wprawdzie mniej więcej tak, jak na mechanice kwantowej, ale póki co nie mam powodu, żeby nie wierzyć... choć oczywiście zawsze warto przetestować na własnej skórze. Teraz i wy macie tę możliwość - półroczny zapas szamponów i odżywek Pantene Pro V powędruje do trzech osób, które swoją stylizacją najlepiej zilustrują hasło "Nature Fusion". Można na przykład, jak ja na zdjęciu powyżej, pofantazjować na temat kwiatów. Można też poszukać inspiracji w zdjęciu poniżej:

Konkurs potrwa przez tydzień - stylizacje można wysyłać na adres morven.at.gazeta.pl do następnego poniedziałku, 23 sierpnia, do godziny 23. Nie ma wymogu pokazywania całej sylwetki - może być na przykład ciekawa fotografia portretowa, gdzie do stylizacji wykorzystacie po prostu interesującą biżuterię lub szal. Najlepsze zdjęcia zostaną tu opublikowane - jeśli więc ktoś ma coś przeciwko, proszę to od razu zaznaczyć lub np. nałożyć dyskretną pikselozę na twarz. Bardzo proszę o zdjęcia w formacie jpg, najlepiej niezbyt "ciężkie" (maksymalnie do 2 MB). Do biegu, gotowi, start :-)

P.S Edit: Tak, można wysłać więcej niż jedną stylizację. Tylko błagam, nie zatopcie mi skrzynki, ok? :-)
wtorek, 10 sierpnia 2010
Buszująca w beżu
Gdybym miała wybierać swoje ulubione kolory, to - oprócz nieśmiertelnego błękitu, twarzowego dla wszystkich blondynek - byłyby to beże i brązy. Dlatego cieszę się, że ogłoszono je kolorami sezonu. Choć przyznaję, że moda na konkretny kolor to dla mnie kompletna abstrakcja - jeśli modna jest jakaś barwa, w której wyglądam źle, to mam ją nosić tylko dlatego, że jest modna? Nie nazwę tego nawet głupotą, nazwę to kompletnym zatraceniem indywidualizmu w morzu przekazów marketingowych.

A w powietrzu już jakby jesień? Czy to moje subiektywne tęsknoty, czy wina pierwszych kolekcji jesiennych, które coraz śmielej pokazują się na modowych portalach?

Szorty - H&M Garden Collection, 40 zł (przecenione ze 100 zł!)
Bluzka - Reserved, 39,99 zł
Naszyjnik - Wylęgarnia, 35 zł
Torba - Zara, 99 zł
Drewniaki - Zara, 269 zł
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Miau miau!
Kolejna fotka z soboty - tym razem wariant na popołudniowy spacerek w pełnym słońcu. W roli głównej nowa bluzka ze złego sklepu na H. Jak widać, kocie motywy (mimo ostrego natarcia sów) wciąż miewają się nieźle.

Swoją drogą nie wiem, co myślą sobie o mnie moi sąsiedzi - zapewne coś w rodzaju: "A, to ta laska z parteru, która przebiera się trzy razy dziennie". Popołudniową zmianę konfekcji usprawiedliwia pogoda, która zachowywała się, jakby programował ją ktoś mocno naćpany. Według schematu: pada, kropi, pada, słońce, upał, leje, kropi, słońce...

Buty - Reserved, 149 zł
Dżinsy - H&M, 39,90 zł
Torba - Zara, 99 zł
Bluzka - H&M, 39,90 zł
Wisiorek - Glitter, 35 zł
sobota, 07 sierpnia 2010
I'm only happy when it rains
Wczoraj wieczorem w Warszawie szalała wielka burza. Wskutek tego cały poranek przechodziłam w kaloszach (kupionych na Openera, ale okazało się, że nie były tam potrzebne). Potem nagle słońce dało czadu i zrobiła się sauna. To pisałam ja, wasza pogodynka. A teraz wybaczcie, bo udaję się w okolice zasięgu wentylatora (dochodzi północ, a na zewnątrz ciągle 25 stopni).

Kalosze - Giudi, 129 zł
Legginsy - jakiś sklepik za rogiem
Płaszcz - Reporter, 121 zł
Szal - ciuchland, 6 zł

sobota, 31 lipca 2010
Niepraktyczna i chaotyczna
O czym myślicie, przebijając się przez poranne korki? Ja obserwuję ludzi. Bywa, że oceniam ich stroje i makijaż - nie byłabym sobą, gdybym nie wyzłośliwiała się w duchu. Taka już jestem. Może jednak wygląd nie jest do końca naszą winą ani zasługą? Może determinuje go miejsce, w którym mieszkamy?

Ona była dojrzałą kobietą po przejściach, a ja nieopierzonym pisklakiem. Był początek lat 90. Telepiąc się i ściskając w ręku kawałek zimnej pizzy obserwowałam jej wschodni brzeg z okna pociągu. Byłam modna inaczej. Miałam przy sobie pożyczony harcerski plecak, nosiłam ohydne, za duże dżinsy, przyciasnego tiszerta i męską marynarkę. Tak ubrana zaczynałam nowe życie. Gdyby ktoś mnie wtedy zobaczył, powiedziałby na pewno, że nadrabiam miną i próbuję być oryginalna na siłę. Dobrze, że nie było wtedy modowych szpiegów, blogów i paparazzi. Nieźle by mnie objechali.
Na Dworcu Centralnym uderzył mnie zapach moczu, przypalonych zapiekanek i widok dziewczyn w długich do kostek spódnicach z guziczkami. Aha, to tak trzeba wyglądać. Pokopię w lumpeksie. Zaraz, w jakim lumpeksie. To jest WIELKIE MIASTO. Tu pewnie nie ma lumpeksów. Zaszurałam nogami, pogmerałam w plecaku, wyciągnęłam skierowanie na uczelnię. W dziekanacie odebrałam przydział do akademika, a po drodze kupiłam jeszcze bilet do teatru. Wsiadając do tramwaju dostrzegłam kątem oka blaszane budki. Hurra, jednak jest lumpeks! Radosna jak szczeniak przeszłam na drugą stronę ulicy i niewiele myśląc rozchyliłam kotarę w pierwszej z brzegu obskurnej budce, aby z całym impetem wetknąć nos w rząd sztucznych penisów. Tak, wielkie miasto jeszcze nieraz miało mnie zaskoczyć.
Przez następne lata poznawałam ją coraz lepiej, a ona poznawała mnie. Nabrałyśmy dla siebie nawzajem wielkiej czułości. Moje świeże upierzenie zmieniało się wraz z kolejnymi modami, sklepami i przypływami stypendiów. A dziś, jadąc codziennie (wciąż jeszcze) do pracy do szklanego wieżowca w centrum, nie przestaję się zastanawiać - gdyby Warszawa była ciuchem, to jakim? Czy garniturem biznesmena, który przybył właśnie służbowo na bardzo-ważną-konferencję? Czy martensami długowłosego chłopaka, przemykającego pasażem Wiecha w stronę Rotundy? Czy ogromną torbą studentki, biegnącej Nowym Światem na zajęcia? A może bistorową suknią starszej pani, kupującej warzywa i kwiaty na targowisku koło Hali Mirowskiej? Zmieniamy miasta, w których mieszkamy, ale w jaki sposób miasta zmieniają nas samych?
Wiem jedno: gdyby Warszawa mogła sama się wystroić, z pewnością jej sukienka migotałaby setką kolorów. Jej styl nie dałby się zaszufladkować. Ona byłaby po prostu jedyna w swoim rodzaju, brzydka i piękna, odważna w łamaniu konwencji, niepraktyczna i chaotyczna. Jak my, jej adoptowane dzieci.

P.S. Powyższa notka, tak zupełnie „nieszafiarska”, ukazuje się tu nieprzypadkowo – już jutro 1 sierpnia. Dedykuję ją mojemu ukochanemu miastu, które – jak ja – z każdej życiowej katastrofy powstaje coraz silniejsze.

A poniżej zupełnie niezobowiązujący i bardzo subiektywny suplement - przegląd tych miejsc w Warszawie, do których nie zaglądają turyści, a ja owszem:

Plac Grzybowski - środek dawnej dzielnicy żydowskiej. Na starej kamienicy wspomnienia po tych, którzy kiedyś nadawali charakter tej części miasta.

Ulica Waliców. Ta kamienica miała szczęście i również ocalała. Dwa lata temu powstał na niej mural, którego autorem jest Wiktor Malinowski.

Wola, ul. Kasprzaka.

Wola, cerkiew przy ul. Redutowej. 15 minut tramwajem od mojego domu. W pobliskim parku robię większość zdjęć na bloga :-)

Rondo Wolnego Tybetu przy skrzyżowaniu ulic Prymasa Tysiąclecia i Kasprzaka; moja ulubiona lodziarnia przy ul. Chłodnej; Biedronka i koronkowa "biżuteria dla miasta", obie przy ul. Jasnej i obie stworzone przez warszawską boginię streetartu, czyli Nespoon.

Ulica Mokotowska - jeden z licznych lokali Magdy Gessler. Najlepsze ciacha w mieście.

Autorem wszystkich zdjęć jest Paweł "Arim" Pruszkowski, który także zaprasza do odwiedzenia Warszawy :-)
niedziela, 25 lipca 2010
Ameth
Prawie miesiąc temu podjęłam ważną i trudną decyzję - o rezygnacji ze stabilnego zatrudnienia i przejścia na freelancing. To była prawdziwa rewolucja, ale natychmiast stanęła przy mnie solidarna armia aniołów stróżów. W chwilach, kiedy wracały wątpliwości, natychmiast któryś się pojawiał. Pierwszego dnia potrzebowałam czerwonej szminki, aby dodać sobie odwagi. Pięć minut później zagadnęła mnie E. Dzięki niej jeszcze tego samego dnia miałam czerwoną szminkę w intensywnym, hollywoodzkim odcieniu. Potem zaczęły do mnie spływać maile i telefony - gratulowano mi decyzji i odwagi. Zanim minął tydzień, odezwały się do mnie kolejne osoby, a każda miała propozycję pracy, współpracy lub innej pomocy. Co więcej, wciąż ktoś się do mnie w tej sprawie odzywa - zwykle na blipie. Przestałam więc bać się widma śmierci głodowej oraz wizji bezrobotnej żony przy mężu - realizuję właśnie pierwsze zlecenie :-) Niewielkie, ale dodające wiary w siebie. Zaczęłam też znowu pisać :-)
A pod koniec szalonego tygodnia napisała do mnie D. "Wiem, że u Ciebie zmiany, dlatego zmodyfikowałam trochę pomysł naszyjnika". Projekt różnił się od tego, co początkowo sobie założyłyśmy, ale pasował idealnie - złoty topaz, oprawiony w oksydowane srebro. D. nadała mu nazwę Ameth, co w języku Sindarin oznacza tarczę. Nie było lepszego momentu na jego przybycie.

Noszę Ameth przy sobie jak najcenniejszy amulet. Ale nosząc go wiem, że to nie on, ale wy jesteście moim amuletem, a on jest tylko symbolem mojego ukochanego skarbu - ludzi. Dziękuję wam (Małgosia, Beata, Paulina, Marta, Drakonaria, Ania, Bronek, Dominik - to do was) i życzę, abyście zawsze, a zwłaszcza w najbardziej przełomowych momentach, mieli kogoś, kto doda wam otuchy i podaruje czerwoną szminkę.

Buty - F&F, 39 zł
Sukienka - kolejna, wygrzebana ze starej szafy, uszyta przez ciocię ok. 20 lat temu
Wisiorek od Drakonarii - bezcenny
niedziela, 18 lipca 2010
Sowa weekendowa
Nie mam pojęcia, co napisać. Czasem tak bywa. Szukasz słów, a przychodzą same banalne: założyłam to i to, kupione tu i tu. Jakie to ma w gruncie rzeczy znaczenie?

Ponieważ słowa uciekły na wakacje i wrócą, gdy same zechcą (eksploatowałam je przez cały weekend - należy im się chwila oddechu), oddaję głos jednej z moich ulubionych poetek, Małgorzacie Hillar:

O sowie

Zziębnięci
pod przydrożną kapliczką
w noc
kiedy fiołki z zimna dygocą
zawijali się szczelnie
ciepłem swoich ramion

Wiatr strącał im
na głowy gwiazdy
które osiadały
we włosach jak szron

Zazdrościli Matce Boskiej
patrzyła słuchała
wyszła z kapliczki
iść im ze sobą kazała

[...]

Do stodoły
ciepłej i złotej
jak słoma

Matka Boska
sowę wrzeszczącą
z dachu zdjęła

Odeszła uśmiechnięta
ze zgorszoną sową
pod pachą




Na najbliższy tydzień życzę wam... bardzo wielu zgorszonych sów :-)

Tiszert - H&M, 39.90 zł
Spodnie - H&M, 10 zł, kupione z drugiej ręki (tak, to te słynne "dziadkowe" - to się nazywa mieć spóźniony zapłon)
Torba - Zara, 99 zł
Drewniaki - Zara, 269 zł
Kolczyki - zdobyte na swapie, 2 zł

A tu sowi suplement ;-)
poniedziałek, 12 lipca 2010
Even flow, thoughts arrive like butterflies
Jestem zdecydowanie najleniwszą z szafowych blogerek - od powrotu z Openera minął tydzień, a ja dodaję nową notkę dopiero teraz. Ponieważ na samym festiwalu nie zrobiliśmy kompletnie żadnych zdjęć (zakaz wnoszenia na teren imprezy jakichkolwiek aparatów lepszych niż 5mpx), ubrałam się wczoraj identycznie i pstryknęliśmy szybką sesję w celach szafiarsko dokumentacyjnych.

Co do samego festiwalu: było dokładnie tak, jak się spodziewałam. Lans srans, pustka owinięta w złoty papierek, miedź brzęcząca, cymbał brzmiący. Jestem z Warszawy, więc na szczęście mam na to włączony wysoki poziom tolerancji. Ale było też gorąco, plażowo, wakacyjnie. Wzruszająco, gdy w czwartek z dużej sceny popłynęły w przestrzeń pierwsze dźwięki "Even flow". Spontanicznie i radośnie, gdy pod namiotem jam sessionowym młodzi gitarzyści popisywali się umiejętnościami. Chłodno i cicho, gdy patrzyliśmy w gwiazdy przed sceną namiotową, słuchając Archive. Energetycznie, gdy Marika porywała gości festiwalowych do tańca (miała trudne zadanie, jej koncert był ostatnim w ogóle).
A za rok obowiązkowo wracam do Gdyni (w tym miejscu Arim zawsze dodaje, że to zależy od line'up-u).

P.S. Jak wam się podobają moje drewniaki? Ja zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia, ale wiem skądinąd, że to  najbardziej kontrowersyjny trend sezonu. Sprawiają groźne wrażenie, ale są wygodne jak kapcie. Wyjąwszy rzecz jasna chwile, kiedy obcasy toną w piachu.

Kombinezon - allegro, 69 zł
Wisior - Glitter, 35 zł
Drewniaki - Zara, 269 zł
Pasek - zabrałam Arimowi
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17