Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
sobota, 15 maja 2010
Odlot
Ponieważ tęsknię za latem, a dostaję tylko deszcz. Czy machina czasoprzestrzenna przeniosła mnie do Londynu bez mojej zgody?
Ponieważ tęsknię za tym, co niekoniecznie jest stylizacją, tylko po prostu nieskomplikowanym zestawem kilku wygodnych ubrań, chwyconych w pośpiechu przed wyjściem z domu. Kierunek - las lub łąka.
Ponieważ fruwam.
Ponieważ.



Zdjęcie 1:

Spódnica - SheRoll, 99 zł
Bluzka - Tally Weijl - 79 zł
Legginsy - Gatta, ok. 20 zł

Zdjęcie 2:

Szorty - H&M, 30 zł
T-shirt - Reserved, 39.99 zł
Torba - ciuchland, 10 zł
Trampki - Galeria Wylęgarnia, 70 zł

P.S. Tak, bloguję od dwóch lat - w czwartek stuknęła rocznica. Nie przestaję się dziwić, że tak zleciało i że wytrzymałam - ponieważ od mniej więcej roku regularnie pojawia się myśl o zakończeniu zabawy. A jednak jakoś jest i jest. Uparty skurczybyk z tego bloga ;-)
poniedziałek, 10 maja 2010
Fashionphilosophy Fashion Week Poland - morveńskie impresje
Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę VIP-em na takiej imprezie, uśmiałabym się serdecznie :-) A jednak impossible is nothing. Po przybyciu na miejsce kolejne zaskoczenie - myślałam, że będę się czuła jak cudzoziemka w raju kobiet. Świat wielkiej mody mimo wszystko ciągle wydawał mi się odległy. A jednak, o dziwo, od pierwszej chwili poczułam się świetnie. Tak, jakby Fashion Week był magiczną enklawą, gdzie wszyscy na mnie czekają, podobnie wyglądają i przemawiają moim językiem. Ostatnio czułam się tak chyba na konwentach fantastyki? Jedyna różnica polegała na tym, że był to konwent dla trochę większych dziewczynek. I znacznie ciekawiej ubranych.
Byliśmy tam z Arimem tylko przez jeden dzień, ale to wystarczyło, żeby sympatycznie pogawędzić z kilkoma szafiarkami i obejrzeć kilka pokazów. Najbardziej podobała mi się kolekcja Łukasza Jemioła, i tę opinię podzieliło większość spotkanych przeze mnie osób. Na kolejnych pokazach bywało już różnie, ale pokaz gwiazdy wieczoru, Eymerica François, zachwycił mnie w 100%. Po pierwsze - dlatego, że był to pierwszy w moim życiu pokaz haute couture. Po drugie - z powodu baśniowych kreacji, zaprezentowanych w taki sposób, że miało się wrażenie obcowania ze spektaklem.
Zresztą co ja tu będę opowiadać, skoro ponoć jeden obraz wyraża więcej niż tysiąc słów. Zobaczcie sami:


Niestety, w press roomie nie rozdawano kawy, więc musicie mi wybaczyć faux pas, jakim jest brak papierowego kubka na filmie. Poprawię się następnym razem! Słowo modnisi!


Impreza trwa do wtorku, 11 maja. Jeśli ktokolwiek z Was ma okazję jeszcze być w Łodzi - dziś czy jutro - zajrzyjcie koniecznie do Hali Expo i na imprezy towarzyszące. Naprawdę warto!

P.S. W filmie wykorzystano utwór "1901" zespołu Phoenix, wszystkie prawa zastrzeżone. Nagranie i montaż całości: Arim & Morven.
poniedziałek, 03 maja 2010
Ewolucje
Kiedy ostatnio pisałam o zmianach na tym blogu, gdzieś z tyłu głowy kołatała mi się także myśl o zmianie stylu (o ile ktoś, kto eksperymenty przedkłada nad wszystko inne, może mówić o jakimś stylu). Ostatniej notki omal nie zatytułowałam "Pożegnanie z retro" - potem z tego zrezygnowałam, bo pożegnanie to coś radykalnego i nieodwołalnego, a ja lubię zostawiać sobie furtki. Coraz częściej zauważam jednak, że perełki, kokardki, falbanki, wszystkie te urocze popierdułki, które towarzyszyły mi przez lata - jakoś przestają mi się podobać. Znowu tęsknię za prostotą, a może nawet surowością (czego jednak w żaden sposób nie widać na zdjęciu poniżej). Przekonałam się o tym bardzo mocno kilka dni temu. Byliśmy z Arimem w nowym sklepie New Look w warszawskiej Galerii Mokotów. On - skuszony działem męskim. Ja - bo słyszałam dużo zachwytów na temat pierwszego (a drugiego w Polsce) New Looku w Złotych Tarasach. Wyszliśmy oboje parskając wrednym śmiechem. Nie wątpię jednak, że New Look odniesie u nas gigantyczny sukces. Ale mój stosunek do angielskiej masówki pozostanie przerywany - jeśli już, to wolę Topshop.
Wracając jednak do zmian (???) - oto moje kolejne podejście do zabaw z cyklu "Morven vs. styl folk". Tunika została kupiona w szmateksie jeszcze głęboką zimą. Wiadomo, że gdy wokół szaro i zimno, to najchętniej sięga się po różowiaste i kwiaciaste. Tunika swoje odleżała i doczekała wreszcie blogowej premiery. A resztę już znacie.

Tunika - ciuchland, 16 zł
Rurki - Big Star, ok. 120 zł
Torba - Zara, 99 zł
Buty - Topshop, 116 zł
Kolczyki - C&A, 15 zł
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Never was a cornflake girl...
...I thought it was a good solution
Hanging with the raisin girls
She's gone to the other side

Ten blog zmienia się właśnie, ale jeszcze nie wiem, jaki obierze kierunek. Pewne jest jedno - słowo "szafiarka" już do mnie nie pasuje. Źle się z nim czuję. Tak, jakby mnie trochę ograniczało? Szafiarka to już za mało. Chcę szukać czegoś więcej. Kogoś więcej.

...and I go at sleepy time
This is not really happening



Sukienka - VintageMe, 90 zł
Buty - Deichmann, 79 zł
Toczek z woalką - Allegro, 51 zł
Torebka - Avon, ok. 40 zł
Perełki - znalezione w babcinej szufladzie
niedziela, 28 marca 2010
Odcinek sto siódmy, w którym nasza bohaterka podróżuje wehikułem czasu
Dawno, dawno temu, kiedy nie było jeszcze haemu, a SJP oznaczało Słownik Języka Polskiego, a nie Sarah Jessika Parker... W tych dawnych czasach w małym miasteczku na końcu świata żyła sobie mała Morven. Był początek lat dziewięćdziesiątych, a nasza bohaterka zdawała egzaminy do liceum - w pseudosatynowej bluzce i prostej, szarej spódnicy. Dwadzieścia lat później trochę starsza (ale w dalszym ciągu raczej nikczemnego wzrostu) Morven oddawała się jednej ze swoich ulubionych rozrywek, a mianowicie wykonywała seans spirytystyczny przy starej szafie. Stara szafa w domu rodziców była czymś w rodzaju morvenowego Archiwum X. Wrzucało się tam stare, dawno nie noszone rzeczy - sukienki, bluzki, bluzy. Potem się je wyciągało, oglądało krytycznym okiem. W jedne Morven ciągle się mieściła, w inne nie, niektórym fundowała poprawki krawieckie, naszywki, skracanie, wydłużanie. Pojawiały się wspomnienia i trochę przemyśleń - moda to cudowne zjawisko, bo wraca.

Żarty na bok. Ja naprawdę zdawałam egzaminy do liceum w tej bluzce. Nie wiem, jakim cudem ciągle się w nią mieszczę. Mama mówi, że to dlatego, że nie urosłam, bo nie piłam mleka.

Spódnica - Zara, 29 zł
Bluzka - zabytek ;-)
Torba - Zara, 99 zł
Pasek - Topshop, 59 zł
Buty - H&M, 63 zł
PS. A tak poza tym, to przeżywam okres niechęci do szafowania... Wiecie, jak to jest z tymi wehikułami czasu. Nie wiadomo, gdzie mogą człowieka zabrać. Wraca wiosna, znowu obieram kurs na chaszcze i lasy. Pachnie ziemia, pachnie wiatr, dym unosi wspomnienie spraw znacznie ważniejszych niż zawartość szafy. Nie zdziwcie się, jeśli zniknę na jakiś czas. Poczekacie?
piątek, 19 marca 2010
Na powitanie wiosny
Zauważyłam u siebie ciekawą prawidłowość. Na sukienkę nigdy nie wydałam więcej niż 200 zł, ale na okrycia wierzchnie - kurtki, płaszcze - wydaję bez mrugnięcia okiem kwoty, które gorszą innych i każą im podpowiadać mi lepsze w ich mniemaniu sposoby na wydanie pieniędzy. Może to mój mechanizm racjonalizacji - sukienki mają krótki żywot, zmieniają się fasony i mody, ale płaszcze i kurtki faktycznie noszę latami. Kilkaset złotych wydanych w Green Establishment traktuję więc raczej jak inwestycję. No i jakoś przecież trzeba zagłuszyć te wyrzuty sumienia ;-)

Ubrałam się, pstryknęliśmy fotki, wstawiam notkę na bloga i zaraz wyjeżdżam na południe Polski celebrować nadejście wiosny. Po takiej zimie trzeba będzie porządnie utopić marzannę, żeby mróz i śnieg nie odważyły się wracać. A w niedzielę spotkam się w Krakowie z innymi szafiarkami - już się na to cieszę :-)

Płaszcz - Green Establishment, 410 zł (przeceniony z 980 zł)
Rajstopy - prezent
Buty - Giudi, 159 zł
Torebka - ciuchland, 15 zł
Szalik - Reserved, 29,90 zł
poniedziałek, 15 marca 2010
Krok w chmurach
Wiem, że ostatnio jest tu więcej refleksji modowych niż stylizacji, ale cóż, jakoś mnie wzięło na przemyślenia i taki jest efekt :-)

Kilka tygodni temu temu odszedł z tego świata Alexander McQueen. W pierwszej chwili cierpko i niegrzecznie skomentowałam tę śmierć na blipie. A odchodź sobie, pomyślałam, chory szaleńcu, który traktowałeś kobiece ciało wyłącznie jako rekwizyt. Który własne wizje realizowałeś na ludziach, będących dla ciebie niczym więcej jak geometryczną bryłą zawieszoną w próżni, plastikowym manekinem - bez czucia, bez grawitacji. Kto nosiłby takie dziwaczne suknie? Kto normalny założyłby takie buty?

Potem przyszła refleksja. Nie tylko na temat majestatu śmierci, w obliczu której należy zamilknąć. Pret a porter czy haute couture? Wielki teatr, nieograniczona niczym wyobraźnia czy prozaicznie nierówny chodnik warszawskiej (ok, niechby nawet paryskiej, londyńskiej) ulicy? Moda jako sztuka przez wielkie S czy poczciwa, oswojona sztuka użytkowa? Rzeczy dziwaczne, ale podkreślające wyjątkowość, czy wygodne, a przez to prawdziwe? Zanurzenie w królestwie wyobraźni czy chłodny powrót do rzeczywistości?

Zaczęłam jeszcze raz oglądać pokazy McQueena, jego kolekcje na style.com. Chyba po raz pierwszy świadomie. Zrozumiałam, że sama nigdy nie będę obiektem, na którym zawiesi się przedziwną, wielopiętrową suknię - ale bardzo chciałabym być. Nie po to, aby nosić ją codziennie, ale aby celebrować modę jako święto. Bo jak na co dzień po prostu pijemy mleko i smarujemy chleb masłem, tak czasami idziemy na wytworną kolację z szampanem. Bąbelki ulatniają się, a wspomnienie szaleństwa zostaje - jako inspiracja w codzienności.

Blogi szafiarskie czy te z modą uliczną dzielą się na dwa rodzaje. Jedne pokazują autentyczny styl, inne są wiecznym poszukiwaniem. Bywa, że są odrealnione - próbują zmierzyć się z modowym teatrem w mikroskali, i są za to atakowane. A ja nagle zrozumiałam, że blogi nie mają pokazywać, jak ludzie naprawdę się ubierają, a w każdym razie nie tylko. To nie film dokumentalny. One mają inspirować, wywoływać emocje. Trochę jak lifestylowy magazyn. Dobry blog z tego drugiego rodzaju to nie jest typowy "personal style diary", ale raczej kronika typu "ja vs moda". Taki blog jest odrealniony, ale zawsze nienagannie estetyczny.

Nie można krytykować osób, które chcą zagrać w tym teatrze. Może nie stworzą wybitnej roli, ale każda próba jest godna pochwały. Tak, jak nie można krytykować muzyków za to, że nagrywają płyty w nienagannie wyposażonym studiu, inwestują w produkcję i remastering dźwięku, zamiast wiecznie pielęgnować "prawdziwą" codzienność garażowego grania i zachowywać na nagraniach każdy niepotrzebny szmer. Tylko jak to tłumaczyć tym, którzy ekscytują się każdą możliwością przyłapania aktora poza rolą, poza teatrem, w prywatnej przestrzeni? Najprościej powiedzieć: "Ona wcale się tak nie ubiera". Albo o gwieździe napisać tonem demaskatorskim, że tak naprawdę ma zmarszczki i jada bigos w barze. Trudniej zrozumieć, że moda i sztuka to teatr, dziwactwo, królestwo wyobraźni. Czasami.

"This is your last chance. After this, there is no turning back. You take the blue pill - story ends, you wake up in your bed and believe whatever you want to believe. You take the red pill - you stay in Wonderland and I'll show you how deep the rabbit-hole goes."

Którą tabletkę wybierasz?
poniedziałek, 08 marca 2010
Kronika wypadków fryzjerskich
Kiedy pan fotograf uchwyci kontemplującą słońce modelkę wpół ruchu, kończy się to tak:

A włosy? To dla mnie jedna z wielkich tajemnic wszechświata. To, że co jakiś czas napada mnie na farbowanie i radykalne cięcia, to normalne - byłam już blondynką, szatynką, rudzielcem, czerwonowłosym rudzielcem, z fryzurą długą, średnią, krótką, bardzo krótką. Ale że na ideę fryzjerskiego szaleństwa w tym samym czasie, bez żadnych uzgodnień wzajemnych, wpadają jednocześnie cztery szafiarki (Baglady, Blu, Ryfka i ja), to jest to dowód spisku wiadomych sił i działania słynnej szafiarskiej telepatii ;-) Za chwilę napiszą o nas, że jesteśmy kserolaski.
A w ramach bonusa mały materiał poglądowy. Jak widać, niespokojny duch nie pozwala mi zbyt długo przypominać samej siebie.


Kurtka - TopShop, 609 zł
Sukienka - H&M, ciuchland, 20 zł
Buty - Giudi, 159 zł
Kolczyki - zrobione przez Olę, 7 zł
sobota, 27 lutego 2010
Ten straszny sklep na Z
Sieciówki wraz z nowym sezonem zaatakowały - ledwie z rana zachwycałam się wiosennym lookbookiem Zary (do obejrzenia tutaj), a już po południu nie wytrzymałam i kupiłam sobie tam sukienkę.

Liczba sukienek w mojej szafie powoli zaczyna dobijać ilościowo do butów, spodni zaś nie kupiłam od pół roku. Z zarowych nowości ostrzę sobie zęby jeszcze na marynarski trencz (w lookbooku go nie ma: jest granatowy, ze złotymi guzikami, materiał z domieszką jedwabiu - dobrze się układa, ale cena 289 zł jest mimo wszystko dość wysoka). Być może wreszcie też przestanę się opierać modzie na koronkowe bluzki i spódnice. Cieszę się, że powracają apaszki, noszone trochę jak harcerska chusta - mam ich całkiem sporą kolekcję. Poza tym niedbałe zamotki z szalika, jakkolwiek bardzo wygodne, już trochę mi się przejadły jako dodatek.
Tak, sieciówki to straszne zło, ale co my byśmy bez nich zrobiły?


Sukienka - Zara, 99 zł
Buty - H&M, 63 zł
Korale - Rossman, 10 zł
niedziela, 21 lutego 2010
Pop up shop
I jeszcze obiecane parę słów o modowym kiermaszu :-)

Są dwie nowiny, dobra i zła. Dobra - Pop Up Shop będzie się odbywał raz w miesiącu, więc ci, którzy nie zdążyli dojechać do Centrum Cybernetyki w ten weekend, mają jeszcze szanse. Zła - ceny ciuchów zaczynają się od 100 zł, a zazwyczaj są znacznie wyższe. Jeśli jednak wskutek przemyśleń postawiło się na świadome kupowanie, jakość nabywanych rzeczy i ich niepowtarzalność, to ceny przestają przerażać. Poza tym i tak na pewno jest taniej niż u Diora i Chanel :-)

Co mnie zachwyciło? Tradycyjnie, Green Establishment. Bluzy She Roll (jaki świetny pomysł - obszywać zwykłe, bawełniane bluzy koronką lub aplikacjami wzdłuż zamka). Kolekcja Szwalni, o której już wspominałam w relacji z otwarcia showroomu na Cybernetyki. Recyclingowe szaleństwa Joanny Paradeckiej. "Grube" wisiory filcowe Kariny Królak.




Było też coś dla panów...

Zwiedzanie stoisk sprawiło, że wyszłam z mocnym postanowieniem: kupuję maszynę do szycia! Wprawdzie szyć kompletnie nie umiem, ale przecież nie święci garnki lepią. W wielu przypadkach to, co zobaczyłam podczas imprezy, nie było bardzo skomplikowane - opierało się jedynie na prostym pomyśle, łatwym do powtórzenia w domowych warunkach. Jeśli więc w najbliższym czasie zobaczycie u mnie na zdjęciach jeszcze bardziej czerwone i pokłute palce niż zwykle, to już wiecie, czemu można to zawdzięczać.

PS A już niedługo... ;-) Czujność wskazana!