Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
niedziela, 15 maja 2011
Bilans trzylatka
Przedwczoraj mój blog skończył trzy lata i mimo, że częstość notek nie jest oszałamiająca (zresztą, czy kiedykolwiek była?), to jeszcze jakoś funkcjonuje. Przestałam mieć złudzenia, że mogę nazywać go blogiem modowym, bo jaka tam ze mnie fashionistka? O modzie lubię czytać i pisać. Ubierać się też lubię - nawet bardzo. Dbam o siebie, przed wyjściem z domu nie zapominam spojrzeć w lustro. Ale żeby być jakąś tam ekspertką? Trendsetterką? Bywalczynią modowych wydarzeń? Wiązać się zawodowo z tym najdziwniejszym z najdziwniejszych światków? Nie, zdecydowanie nie.

Kiedyś nawet żałowałam, walczyłam... ale rywalizacja z blogami dziewczyn z pierwszych lat studiów, albo takich, dla których bez trudu mogłabym być matką, była sprawą z góry przegraną. Nie jestem nastolatką. Już nie będę miała TEJ figury. TEJ twarzy. Już nie pasują mi te same ubrania. Już nie tracę głowy w H&M. Próby ubierania się jak ktoś młodszy nie mają sensu. Środowisko szafiarskie też już nie takie jak kiedyś. Nie pasuję tu. Chcę się ubierać sama dla siebie, nie dla innych, nawet jeśli wygląda to dla kogoś groteskowo. Ale blog będzie sobie funkcjonował, i dopóki ktoś tu zagląda, znajduje tu coś dla siebie, zapewne będę robić zdjęcia i pisać.

Przy okazji chciałabym poświęcić parę słów krytyce. Nieraz się tu pojawiała. Zawsze mnie zadziwiało, jak radykalnie cenzurki potrafią wystawić innym ludzie, którzy nie znają osobiście obiektu krytyki. A przecież wszystko, nawet błąd - jeśli popełniany uporczywie i świadomie - z czegoś wynika. Więcej - to, co wiele lat temu uważano za błąd, grzech i przewinienie, dziś święci triumfy. Myślałam o tym wiele razy, aż w końcu przypomniałam sobie pewną mądrą historię, przytoczoną w książce Marii Kann "Dziewięć bied i jedno szczęście". Książka mało znana, a historyjka wiecznie aktualna i wielu osobom może pomóc, bo liczba ludzi gotowych usłużnie dokopać innym niestety nie maleje.

"Pewien wariat wmówił sobie (...), że jest słowikiem. Zaczął się obawiać kotów. W szpitalu psychiatrycznym lekarze powiedzieli mu z powagą, że potrafią go uleczyć. Po prostu wytną mu to wszystko, co jest z natury słowicze. Wariat wyraził zgodę na operację. Kiedy obudził się z narkozy, pokazano mu świeży szew na skórze.
- O, widzi pan, to jest szew pooperacyjny. Zabieg się udał, nie jest Pan już słowikiem.
- I mogę bez obawy wrócić do domu?
- Ależ oczywiście.
Ucieszony pacjent zabrał swoje rzeczy i wyszedł. Jakież było zdumienie lekarzy, kiedy znów stanął na progu gabinetu.
- Czy pan czegoś zapomniał?
- Nie, tylko przestraszyłem się.
- Czego?
- Na schodach ganku siedzi kot!
- Co z tego? Przecież pan wie, że jest pan człowiekiem, a nie słowikiem.
- Ja wiem, ALE CZY KOT WIE?"

Reasumując, jeśli człowiek zdaje sobie sprawę, że nie jest słowikiem, niestraszny jest mu żaden kot. Tego życzę wam i sobie. Róbcie swoje. Bądźcie mądrzejsze i silniejsze niż anonimowi, niezalogowani nieszczęśnicy z nieznanych numerów IP.
niedziela, 20 lutego 2011
Modowo książkowo 2
Ta notka miała się ukazać już dawno, ale zawirowania prywatne połączone z dłuższym okresem żywej niechęci do blogowania sprawiły, że publikuję ją dopiero teraz.

Należy zacząć od tego, że książkę uważam za absolutnie najlepszy prezent na każdą okazję i dla każdego. Także dla pasjonatów mody można sporo znaleźć na księgarskich półkach. Pierwszą notkę na ten temat napisałam ponad rok temu, ale ponieważ od tego czasu w mojej biblioteczce wylądowało sporo nowych pozycji, uznałam, że do kwestii warto wrócić. Ktoś może powiedzieć, że nie ma sensu czytać o modzie, że najlepiej ją po prostu stosować w praktyce. Owszem. Ale trochę świadomości w tej dziedzinie nie zaszkodzi.

Odchodząc z poprzedniej pracy, dostałam w prezencie na nową drogę życia dwa grube tomiszcza. Pierwszy to "Historia mody - dzieje ubiorów od czasów prehistorycznych do końca XX wieku" Francoisa Bouchera (wydawnictwo Arkady). To nie jest lekka, łatwa i przyjemna lektura, ale warto się z nią zmierzyć. Przyznaję, że nie dałam rady przeczytać jej tak szybko i entuzjastycznie jak normalnie zwykłam czytać, bo ma przyciężkawy wdzięk podręcznika antropologii kulturowej (którym w istocie jest). Jej motto mogłoby brzmieć jak aforyzm Stanisława Leca: "Skąd się wzięła moda wszystka? Z Ewy figowego listka". Opisane jest wszystko, począwszy od funkcji ubiorów w początkach cywilizacji, przez stroje w Europie we wszystkich epokach i krajach, aż do współczesności. Opisy są drobiazgowe - tomiszcze waży ze dwa kilo i liczy sobie prawie 500 stron. Jeśli ktoś kiedykolwiek chciałby np. zdawać na maturze historię mody, to lepszego podręcznika nie trzeba. Przy okazji łyka się sporo kulturoznawstwa i historii sztuki. Bardzo polecam. Nie wiem, czy do czytania dla rozrywki, ale na pewno dla poszerzenia horyzontów.

Na widok drugiej książki trochę parsknęłam. "Moda - projektowanie" - no fajnie, ale czy ja zamierzałam kiedykolwiek coś projektować? Szybko okazało się jednak, że książka Sue Jenkyn Jones to najlepszy nowy nabytek w mojej biblioteczce. Tylko pozornie jest o projektowaniu. Tak naprawdę to bardzo użyteczne kompendium dla każdego, kto jakkolwiek zajmuje się modą - nieważne, czy "wymyśla" nowe kolekcje, czy o nich pisze, czy po prostu chce być na czasie i ma ambicje trendsetterskie. Tam jest WSZYSTKO. Kontekst kulturowy i historyczny współczesnej mody; czego można się spodziewać, studiując modę za granicą; kalendarz mody (czyli wszystkie tygodnie mody + co, gdzie i kiedy jest mniej więcej prezentowane); proces wytwórczy ubrań, sztuka łączenia kolorów i wzorów, rodzaje materiałów, rodzaje sylwetek, instruktaż projektowania, cykl życia trendu, sztuka organizacji dobrego pokazu, podstawy stylizacji... No po prostu wszystko. Nie wiem, jak bez tej książki żyłam. Serio serio.

A teraz trochę dziegciu w beczce miodu.

Książki wydawnictwa Taschen to takie książkowe fastfoody, głównie do pooglądania obrazków. Kiedyś w ramach zakupu impulsowego kupiłam sobie dwie z nich: "Historia mody od XVIII do XX wieku" i "Moda dzisiaj" (ta ostatnia pod redakcją Terry'ego Jonesa i Susie Rushton). Oceniam je tak sobie. "Historia mody" ma przepiękne ilustracje, ale traci na uroku, kiedy przeczyta się wspomnianą powyżej "Historię mody" Bouchera. Druga już w momencie kupowania była średnio aktualna (nie żył Alexander McQueen; Phoebe Philo nie tworzyła już dla Chloe, tylko dla Celine itd). Fotografie piękne, ale nie jestem pewna, czy reprezentatywne. No i ten chaos - brak spisu treści, lista projektantów uporządkowana nie według porządku alfabetycznego, tylko według... no właśnie, nie wiem. Reasumując - można sobie odpuścić. A najlepiej poczekać na kolejne wydanie. Bo jednego nie sposób tym książkom odmówić - są naprawdę bardzo ładnie wydane, na grubym, błyszczącym papierze, no i mają kieszonkowy format, idealny do torebki. Jak wszystko, co wydaje Taschen.
 

Jeśli więc ktoś z waszych znajomych ma wkrótce urodziny/imieniny/ważną rocznicę, poszperajcie po księgarniach. Albo poszperajcie ot tak, sami dla siebie. I czytajcie - bo to miło należeć do elity 10% społeczeństwa. Zawsze lepiej zaliczać się do niektórych niż do wszystkich ;-)

P.S Przypominam o konkursie z poprzedniej notki :-) Na razie zgłoszeń jest stosunkowo mało. Nikt nie chce bazy pod makijaż? Nie wierzę...
czwartek, 16 grudnia 2010
Szaleńczym rzutem na taśmę
Jest. Ukazał się. Wspólne dziecko Ewy i kilkunastu modowych zapaleńców. Chwilowo nie mam siły pisać nic więcej, bo szlifierka UltraŻurnalu trwała niemal do ostatniej chwili... Ale uwierzcie mi - było warto. Mam nadzieję, że dla was czytanie i oglądanie magazynu będzie taką samą frajdą, jak dla nas - jego tworzenie.

Redakcja niecierpliwie czeka na wasze opinie. Nie boimy się krytyki, choć zawsze prosimy o jej merytoryczne uzasadnienie i odrobinę szerszego spojrzenia. Nie boimy się też trudności, które z pewnością dopiero się zaczynają. Bo tak hartuje się stal.

PS. W projekcie wzięły udział również doskonale znane wam blogerki: Vintage Girl i Harel.
wtorek, 30 listopada 2010
Pilnuj kiecek, dziewczyno
Przeczytałam wczoraj bardzo ciekawy wywiad z Filipem Niedenthalem (dla tych, co nie wiedzą - to jedna z pierwszych osób w Polsce na poważnie wykształconych w kierunku dziennikarstwa modowego, były szef działu mody "Twojego Stylu"). Padają w nim stwierdzenia gorzko prawdziwe. Stwierdzenia, które sama mogłabym wypowiedzieć - choć doświadczenia, na których opieram podobne opinie, z pewnością powstały w absolutnej mikroskali w porównaniu do doświadczeń Niedenthala.

Od lat niezmiennie bawi mnie (lub smuci - zależnie od dnia) fakt, że moje upodobanie do sukienek i torebek często jest automatycznie klasyfikowane jako przejaw głupoty. Fakt, że lubię się ubierać, a wizyty w sklepie z ciuchami nie traktuję jak zła koniecznego, jest wysoce podejrzany zwłaszcza dla geeków i nerdów. Mamy więc klasyczną miłość bez wzajemności, bo ja nerdów uwielbiam. Ale zanim zacznę im tłumaczyć, że spotkaliśmy się przynajmniej raz na tym samym konwencie sf, nie odczuwam pierwotnego lęku z powodu zawieszonego komputera, a na widok konsoli tekstowej nie dostaję spazmów, oni już zdążą mnie zatrzasnąć w szufladce pt. idiotka. Kto by tam słuchał laski od ciuchów. Kto by tam reagował na jej komentarze - chyba, że prześmiewczo. Bo przecież to, panie kochany, jakaś klasyczna blondynka jest. Jej ulubioną rozrywką jest zapewne testowanie szminek. A przecież wszyscy wiedzą, że najlepszym ciuchem jest t-shirt z toys4boys i do tego trapery, oczywiście.

W środowisku inteligentnych ludzi nie ma dla szafiarki lepszej obelgi niż "pilnuj kiecek, laska". Takie podsumowanie pod moim adresem wystosowała kiedyś na blipie pewna adminka, osoba - co wiem skądinąd - niezwykle bystra i sympatyczna, której blogi czytam z przyjemnością. No, ale zobaczyła mojego bloga, a na nim zdjęcia w strojach różnorakich - wystarczyły jej więc trzy sekundy, żeby na mój temat wyrobić sobie opinię. Zapieniłam się i coś tam jej ponawyjaśniałam, więc przeprosiła - ale fakt faktem, jej pierwszy odruch był jaki był. Czyli kiecka + pisanie o ciuchach = zło.

Czy to naprawdę takie oburzające, dbać o siebie? Czy to aż tak straszny skandal, że ma dla mnie znaczenie, jakie spodnie sobie kupię? Bo - tak sobie nieśmiało kombinuję - treść moich notek raczej nie licuje z wizerunkiem idiotki. Skąd więc tak błyskawiczne podsumowanie mojej osoby? Z czego to się bierze - z PRL-u, kiedy dbanie o wygląd było nietaktowne, bo panowała urawniłowka? Z przekonania, że bycie modnym to to samo, co bycie pretensjonalną modnisią?

A może sprawa sięga głębiej? Może niepoważne postrzeganie mody to zasługa naszych pseudocelebrytów w koszmarnych lumpenkreacjach z satyny? Naszych pseudoprojektantów, którzy koniecznie chcą pojechać na Fashion Week do Londynu czy Paryża, chociaż nie umieją powiedzieć słowa po angielsku? Sukni, które się (jeśli wierzyć Dawidowi Wolińskiemu) namolnie wyciąga od projektantów, zamiast je kupić? Okrzyczanych wydarzeń i pokazów, na które się idzie nie po to, aby krytycznie i przytomnie je ocenić, ale dlatego, że wypada, że lans, że wielki świat. A ten polski "wielki świat" to wciąż sztuczne złoto, marny tombak, podróbka podróbki. Może jeszcze nie dojrzeliśmy do mody? Do traktowania jej na serio?

Tak, to chyba to. Potrzeba nam więc edukacji. Trzeba siać, siać, siać... ;-) Trzeba nam jeszcze więcej blogerek, ale nie takich, które nie ominą żadnej okazji do fotki na tle bannera reklamowego, tylko wrażliwych poszukiwaczek. Jeszcze więcej projektantów, ale obowiązkowo takich jak Łukasz Jemioł, Ania Kuczyńska czy Justyna Chrabelska. Jeszcze więcej ciekawych miejsc i sklepów, ale nie takich, gdzie krok w krok będzie za mną chodziła ekspedientka, obserwując każdy mój ruch. Więcej krytyków mody z prawdziwego zdarzenia - takich, którzy nie będą kulić głowy i sankcjonować w ten sposób zastanego układu. Ale przede wszystkim potrzeba nam więcej czasu. Czas zwiększa świadomość. A moda to hobby i/albo sposób na zarabianie - nie lepszy ani gorszy niż inne.

A co wy o tym wszystkim myślicie?
czwartek, 18 listopada 2010
I cóż, że ze Szwecji
Był taki czas, kiedy blogerki chórem i przez wszystkie przypadki odmieniały określenie "styl skandynawski". Nie bardzo rozumiałam zjawisko, bo każde zetknięcie ze stronami typu Hel Looks kończyło się w moim przypadku raczej uprzejmym zaciekawieniem niż realnym zachwytem. Tak było aż do wizyty w dwóch warszawskich butikach - Fiu Fiu przy Krakowskim Przedmieściu 13 (na tyłach Hotelu Europejskiego) i InFashion Outlet (Nowy Świat 43). Dzięki pani Magdzie z Fiu Fiu i pani Natalii z InFashion miałam okazję po raz pierwszy naprawdę dowiedzieć się, czym jest właściwie moda ze Skandynawii. Po raz pierwszy zetknęłam się z nazwami marek, które dotychczas były mi całkowicie obce:
  1. Edith&Ella. Marka stworzona przez Dunkę Line Markvarden. Edith i Ella to imiona babć projektantki. Firemka jest mała i chce być mała, a Line nie zależy na ekspansji, tylko na jakości oferowanych ubrań. Najnowsza kolekcja jest mocno inspirowana stylem vintage. Że nudne, już się przejadło? Nic z tych rzeczy, kolekcja jest prześliczna. Połowę z tych ubrań mogłabym mieć w swojej szafie.
  2. Saint Tropez. Duńska (wbrew nazwie) firma istniejąca od 1986r. Sklepy mają także w Szwecji, Norwegii i Holandii. Oferują bardzo nowoczesne połączenia, sporo odniesień do współczesnych trendów. Są nawet skarpetki do obcasów ;-) Widać to zwłaszcza w kolekcji na jesień 2010. Ale nutka klasycznej prostoty i elegancji nie znika nawet na chwilę. Tak też mogłabym się ubierać. Gdybym miała krótko określić ich styl, nazwałabym projekty Saint Tropez linią dla trzydziestek młodych duchem :-)
  3. Pieszak. Nazwisko brzmi znajomo? Nie, to nie pomyłka - babcia projektantki była Polką. To właśnie jej styl zainspirował Henriette Pieszak, Dunkę, do projektowania własnych kolekcji. Określiłabym je jako niezobowiązujący, miejski look z domieszką folku. Dużo jest też elementów dżinsowych, a opaska na głowie - stały element kolekcji - powinna spodobać się Riennaherze ;-)
  4. H&M... ups, przepraszam, pomyłka ;-) Tej firmy tu nie znajdziemy, mimo skandynawskich korzeni.
  5. Staff. Kolejna firma z Danii. Bardzo fajny lookbook na jesień - zimę 2010 - trochę hippie, trochę folk, zawsze wygodny i na luzie. Oglądając katalog widziałam tyle cudownych przykładów ubierania się "na cebulkę", że chyba porzucę swoje opory w tym kierunku.
  6. Smooph. Nie znalazłam ich strony internetowej, więc nic kompletnie o nich nie wiem. Znalazłam natomiast sklep internetowy, gdzie sprzedają swoje ubrania. Mają - i to już widziałam w sklepie przy Nowym Świecie - cudne szale i tuniki. Na ogół - co trudne do spotkania w polskich sklepach - nie są to rzeczy w ciapki, wzorki i insze esy floresy. Te ubrania są funkcjonalne kolorystycznie - da się je łączyć, nie uzyskując kiczowatego efektu "późnego rokokoko".
  7. Best Behavior. Marie Ørberg and Malene Brøchner, Dunki, postawiły sobie za cel zrelaksować swoją klientkę :-) W tym sezonie stawiają na peleryny, legginsy, wielgachne torby, długie swetry, workowate spodnie. Nie każdemu to pasuje, ale wygodne jest na pewno :-) Obejrzyjcie sobie także ich archiwalne lokbooki, bo to niezła kopalnia inspiracji.
  8. Ilse Jacobsen. czyli pani od kaloszków i peleryn przeciwdeszczowych, znowu Dunka. Mają być praktyczne, wygodne i ładne. I są. Huntery mogą się schować...
  9. Odd Molly. Folk w najlepszym wydaniu. Piękne sukienki, koszule, spódnice. Na zdjęciach wyglądają jak zwykłe ciuchy, ale gdybyście mogły ich dotknąć... Odd Molly pochodzi ze Szwecji - to team projektantów, którzy zdążyli już odnieść sukces i otworzyć sklepy na całym świecie. Działają od 2002 r. Dziwna nazwa pochodzi od pewnej dziewczyny z Californii, która... ale sprawdźcie sami na ich stronie.
  10. Hunky Dory. Kolejna firma ze Szwecji. Bardzo proste wzornictwo, wszystko projektowane według zasady: "wciąż nosisz to samo, ale ciągle wyglądasz inaczej". Para projektantów, Ulrika i Christopher Bjercke, spotkała się w Paryżu - zostali parą w życiu i pracy. Pracują w ten sposób od 1996 r.

Ubrania wymienionych firm nigdy nie udają czegoś, czym nie są. Jeśli bawełna, to najwyższej jakości. Jeśli wełna, to gruba i ciepła. Jeśli sweter, to mięsisty, a jedwabna halka - chłodna i cieniutka. Są też bluzki i sukienki - wykończone z idealną dbałością o detale. Wiem, bo tych ciuchów dotykałam. Ba, przytulałam, łasiłam się, niczym Scarlett O'Hara do aksamitnych zasłon swojej matki.

Cudowne wzornictwo - ale projektanci nigdy nie tracą z oczu kobiecego ciała, jego potrzeb. To idealne ciuchy na naszą strefę klimatyczną, gdzie nie da rady przechodzić zimy w cienkim płaszczyku i lekkich włoskich kozaczkach z ażurowej skóry.

Zwróciłam też uwagę na coś jeszcze - skandynawskie firmy odzieżowe bardzo uważają na to, żeby być odpowiedzialnymi "obywatelami planety Ziemia". Dlatego albo produkują z materiałów recyclingowanych albo/i używają wyłącznie surowców fair trade, albo/i wspomagają uchodźców... Co firma, to inny sposób na biznes odpowiedzialny społecznie.

Ceny? Przystępne. W Fiu Fiu permanentnie trwa jakaś wyprzedaż, więc po sesji miętoszenia "militarnego" płaszczyka za jakąś kosmiczną sumę wspięłam się na piętro - a tam wszystko przecenione o 50% i więcej. InFashion z natury rzeczy jest outletem, a więc nie oferuje pełnych kolekcji, w zamian oferując niewysokie ceny. Ale i tu także jest dział z wyprzedażą. W obu sklepach są też buty, dodatki, biżuteria, czasem nawet kosmetyki organiczne.

Akurat teraz z różnych powodów nie mogę sobie pozwolić na całkowitą wymianę garderoby w szafie, ale podczas przyszłorocznej wyprzedaży letniej zamierzam przerzucić się całkowicie na ciuchy ze Skandynawii. Czas pożegnać marne okrycia z polyestru. Czas porzucić zarowo-haemowe mrzonki o wiecznym byciu dziewczyną. Jestem kobietą. Coraz bardziej.

piątek, 05 listopada 2010
Duża sprawa
Znalazłam sobie niszę ekologiczną. Z racji tego, że na blogach modowych pisze się na ogół o tym, co jest modne i ważne teraz, względnie o tym, co modne dopiero będzie - ja postanowiłam, że od czasu do czasu poględzę trochę o przeszłości. W końcu trochę już tej przeszłości widziałam.

Dzisiaj do wspomnień kombatanta sprowokowała mnie specjalna sekcja strony internetowej włoskiego Vogue'a. Piękne zdjęcia, cudowne stylizacje, a wszystko to w wykonaniu modelek plus size, czyli nieco okrąglejszych niż pozwala na to anorexia nervosa. Oglądałam zafascynowana - mimo że nie jestem jakoś strasznie oburzona na ten okrutny świat mody, który każe normalnym, ładnym dziewczynom zrzucać nagle jedną trzecią swojej wagi. Rozumiem i akceptuję, że niewidomy nie zostanie architektem, a nie dość chuda dziewczyna nie ma szans zostać modelką. Z drugiej strony... jak wiele pięknych twarzy i prawdziwych osobowości marnuje się w ten sposób. Oczywiście, istnieją Lizzie Miller oraz Crystal Renn, ale funkcjonują raczej na marginesie przemysłu modowego. I tak pewnie zostanie jeszcze długo.

Była jednak kiedyś dziewczyna, która zrobiła w tym światku prawdziwą karierę, choć chudzielcem nie była. Zapewne większość z was nie pamięta, kim była Marthe Lagache. Pamiętam, że przeczytałam o niej po raz pierwszy w "Kobiecie i życiu" (magazynowy bestseller kobiecy lat 80, jako pierwszy zamieszczał porady dotyczące seksu oraz kącik plotkarski - zastępczynią naczelnej była tam późniejsza szefowa Twojego Stylu, Krystyna Kaszuba), a było to coś koło 1987 roku. (I nie pytajcie proszę, po co dziecku czytanie takich gazet, bo nie wiem - fakt faktem, że podbierałam je mamie, a gdyby w Polsce istniał wtedy jakiś Vogue, to też bym go pewnie podbierała.)

Otóż Marthe Lagache była pierwszą naprawdę znaną modelką plus size - słodką, wesołą, roztańczoną i normalną. Zaczęła chodzić na wybiegach u Jean Paula Gaultiera, a potem także dla Thierry'ego Muglera i Dresa van Notena. Zauważono ją przypadkiem - studiowała projektowanie mody i w ramach pokazu dyplomowego przeszła się po wybiegu. Była kompletną amatorką. Nosiła bardzo wysokie obcasy, na których czuła się trochę nieswojo - zaczęła więc tańczyć, żeby dodać sobie odwagi. To zachwyciło publiczność. Nie bez znaczenia był fakt, że w latach 80 z sentymentem wspominano lata 60... a symbolem lat 60 była Marylin Monroe, do której Marthe była trochę podobna. No i się zaczęło... Dziewczyna zrobiła furorę do tego stopnia, że pisały o niej wszystkie gazety, także niektóre polskie, co za żelazną kurtyną nie było takie oczywiste. Jej buzia zdobiła okładkę The Face (kolejny legendarny magazyn lat 80) w lipcu 1986 roku:
Marthe szczyciła się rozmiarem 42 i wałeczkami na brzuchu. Po latach wspominała, że praca modelki idealnie wyleczyła ją z kompleksów. W trakcie pracy zdarzyło się jej spotkać Carlę Bruni (wtedy koleżankę po fachu), która zresztą przyznała, że zazdrości jej okrągłego, apetycznego ciała. Karierę zakończyła pod koniec lat 80, ale w modowym świecie pozostała do dziś - pracuje, szukając odpowiednich "miejscówek" na pokazy mody dla największych kreatorów.

A ja niedawno przeczytałam, że dzisiaj już rozmiar 38 jest uznawany za nadwagę, i to nie tylko w świecie modelek. Chyba powinnam się gdzieś schować ze wstydu. Z drugiej strony Beth Ditto (100 kilo żywej wagi) zawędrowała na okładkę Love. Nie macie poczucia, że popadamy ze skrajności w skrajność? Z jednej strony chudzielce o niezdrowym wyglądzie, zaawansowany fotoszoping, z drugiej chorobliwie otyłe olbrzymki. A gdzie są normalne dziewczyny - takie pomiędzy 38 a 40? Tylko we włoskim Vogue'u? Szkoda...
wtorek, 21 września 2010
Dżin(s) z tonikiem
Oj, robi mi się z bloga kronika towarzyska - jakoś tak ostatnio się układa, że wszędzie mnie pełno... Tym razem będzie o dżinsach. To słowo było w zeszły czwartek odmieniane przez wszystkie przypadki w warszawskim salonie Levis. Zebrało się tam całkiem zacne towarzystwo - blogerki, koneserki ciekawych ubrań, a bystre oko mogło wypatrzyć także Novikę. Przyczyna całego zamieszania nazywała się Levi's Curve ID. To nowa linia dżinsów, dostosowanych krojem do kobiecej sylwetki. Dzięki temu nigdzie nie odstają i ładnie się układają.
Poniżej kilka zdjęć - robiłam je sama, więc niestety są o pięć poziomów gorsze niż te pstrykane przez Arima. A że są na nich praktycznie tylko szafiarki? Cóż, pozwolę sobie zacytować Agatę: "Mówią o szafiarkach, że to kółko wzajemnej adoracji. No trudno, nie da się inaczej, kiedy wszystkie są takie sympatyczne".

Styledigger i Baglady.

Robaczek i Pani Mruk.

Kiwaczek, Baglady i Ryfka.

Kocia Szafa - jeszcze ładniejsza niż zwykle. Małżeństwo jej służy! :-)

Wintydż i Styledigger.

Ryfka w roli paparazzi ;-)
Polecam też notkę na blogu Kiwaczka, który szczegółowo tłumaczy, jak dobrze wybrać dżinsy.
Ufff, a teraz już wystarczy tych imprez. Jadę w ciemny, ciemny las - świętować Jesienne Zrównanie.
poniedziałek, 20 września 2010
Być jak Anna Wintour ;-)
Działo się, działo! Cały zeszły tydzień biegałam jak szalona z miejsca na miejsce, usiłując pogodzić dziesiątki różnych zajęć. Chwytałam wiedzę w locie, poznawałam ludzi, i pisałam, pisałam, pisałam... A wszystko dlatego, że uczestniczyłam - w nowej dla siebie roli przedstawicielki patrona medialnego - w warsztatach dla dziennikarzy modowych, zorganizowanych przez Centrum Cybernetyki i Fashion Project.
O miejscówce pisałam już kilka razy - w moich oczach wyrosła na najfajniejsze modowe miejsce na mapie Warszawy. Cały czas coś się tam dzieje - a to spotkanie z kimś ciekawym, a to targi, a to warsztaty projektowania i szycia. Tym razem było więc o prasie, magazynach, formach dziennikarskich. O tym, na co warto zwracać uwagę opisując pokaz lub kolekcję. Jak organizować sesje zdjęciowe, jak zrobić dobry edytorial do magazynu, jak pisać, żeby było ciekawie, gdzie weryfikować informacje... Warsztaty prowadzili dziennikarze m.in. TVN i TVN24 (Jurand Sękowski, Ewa Krajewska i inni), Agata Passent, Filip Niedenthal z "Podróży", Ina Lekiewicz z "Glamour". We wtorek nasze prace edytorskie surowo, ale sprawiedliwie oceniała redaktor naczelna "Glamour", Anna Jurgaś. W środę cały dzień spędziliśmy w Centrum Sztuki Współczesnej - to tam odbył się pierwszy z dwóch fantastycznych wykładów Any Finel Honigman, dziennikarki piszącej m.in do brytyjskiego Vogue'a i New York Timesa. Pierwszego dnia Ana opowiadała o kontrowersjach związanych z modą, a nazajutrz o relacjach pomiędzy modą a sztuką współczesną. Jeśli jednak myślicie, że na pogadankach się skończyło, to jesteście w błędzie - niemal po każdych zajęciach uczestnicy mieli do odrobienia pracę domową. Był to więc bardzo intensywny tydzień. I nie dało się ściemniać.
Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym szczerze nie walnęła prawdy o jednym niedociągnięciu. Był nim... czas. Zajęcia albo się spóźniały, albo przeciągały... Już nie wspomnę o tym, że przez cały tydzień byłam w permanentnym niedoczasie ze wszystkim - a to dlatego, że na plakacie reklamującym przedsięwzięcie znalazła się błędna informacja, że warsztaty trwają każdego dnia od 10 do 14. W rzeczywistości trwały dużo dłużej. Dzięki temu oczywiście można się było więcej nauczyć, ale misterne plany trafił szlag. Były nerwy, owszem. Ale jakoś daliśmy radę. W piątek odreagowywałyśmy - o tak:

Jak widać powyżej, w warsztatach uczestniczyła spora reprezentacja szafiarek. Oprócz mnie była tam jeszcze Ewa, Styledigger (nie ma jej niestety na pamiątkowej fotce), Fashioneria i Berenika. Berenika okazała się zresztą być moją koleżanką po piórze - skończyła studia na tym samym wydziale :-)
Poniżej coś na kształt fotoreportażu. Autorką większości zdjęć jest Asia, czyli Fashioneria.

Wnętrze Centrum Cybernetyki. Praca twórcza warsztatowiczów, jak widać, wre.

Pomiędzy zajęciami koniecznie trzeba się czegoś napić... (Berenika i ja).

Ewa. Every little thing she does is magic...

Tu znowu ja.

Wykład Any Finel Honigman. Tak fajny, że mogę jedynie powiedzieć: żałujcie, że was tam nie było.

Praca nad sesją modową dla pisma - należało wybrać odpowiednie zdjęcia, zestawić je w spójną historię, opisać... To wcale nie takie łatwe, jak mogłoby się wydawać.

Tu byłam! Fashionistka.

...a teraz jestem tu.
Jutro ciąg dalszy opowieści o wydarzeniach ubiegłego tygodnia - tym razem o imprezie w salonie firmy Levis w warszawskich Złotych Tarasach. Ja też tam byłam, krakersy jadłam i wino piłam. Do przeczytania!
wtorek, 14 września 2010
Nie twoja broszka ;-)
Zawsze byłam miłośniczką błyskotek wszelakich, ale od jakiegoś czasu broszki przedkładam nad inne ozdoby. Mam wrażenie, że to najbardziej niedoceniany rodzaj biżuterii. O tym, jakie są ich możliwości i jak fantastycznie potrafią uzupełnić zestaw, przekonałam was (i siebie) już prawie dwa lata temu, w tej notce. Teraz odkrywam broszki na nowo i w tej notce chwalę się nieskromnie swoją małą (jeszcze) kolekcją. Część z nich już widzieliście, a część nie. Niech dzisiaj wystąpią razem - w końcu to rodzina ;-)

czwartek, 26 sierpnia 2010
Z zawodu jestem magazynierem
Poniższa notka została po części sprowokowana przez podcast Styledigger, która ostatni odcinek poświęciła częściowo modowym gazetom (możecie go znaleźć tu). Ale ad rem.
Tak się składa, że chwalebnie ukończyłam studia dziennikarskie z podwójną specjalizacją - w trakcie studiów praktyki miałam w radiu, ale magisterkę pisałam z prasoznawstwa. Podczas pisania nie obyło się bez długich nasiadówek w Bibliotece Narodowej, ale sporo materiałów po prostu miałam, bo od lat zbieram gazety i magazyny. Kiedy od czasu do czasu jestem zmuszona się pozbyć jakiejś części kolekcji, jestem niepocieszona. Jakiś czas temu wyrzuciłyśmy z mamą kilkanaście roczników "Twojego Stylu", kupowanych prawie od początku istnienia pisma. Było nam przykro. Zdaje się, że podobny los spotkał roczniki "Vivy" i "Cosmopolitan". Ale większość magazynów modowych dzielnie trzyma się w domu (zarówno u rodziców, jak i u mnie), poupychana w pudełkach i na regałach. Od jakiegoś czasu jednak kupuję mniej czasopism, bo raz, że poziom tekstów spadł na łeb na szyję (zdarzają się nawet błędy ortograficzne! A już interpunkcja stanowi dla naszych żurnalistów coś z pogranicza sztuki magicznej i abstrakcyjnej); a dwa, że w każdej jest to samo. Przykładem na to były teksty o szafiarkach, które przez 1,5 roku sukcesywnie przetaczały się przez wszystkie "babskie" gazety. A ostatnio w pewnym popularnym magazynie modowym czytałam niebywale śmieszny (ale aspirujący do znawstwa i demaskacji) tekst o warszawskich hipsterach. Plac Zbawiciela (vel Sempo - pozdrawiam osoby, które rozpoznają ten skrót) był do niedawna jednym z moich stałych szlaków komunikacyjnych, a sporo moich znajomych regularnie bywa w okolicznych lokalach i nigdy nie określiłoby się mianem lansera. Tak więc porcja wrednego chichotu była potrójna, a decyzja prosta - polski magazyn "papierowy" kupię wyłącznie wtedy, gdy będzie tam gwiazdorzył ktoś z moich przyjaciół (warunek konieczny). Z internetowymi magazynami rzecz jasna sprawa ma się całkiem inaczej. Do niedawna uwielbiałam Dilemmas - miałam też przyjemność go współtworzyć. Niestety, poziom ostatniego numeru dość spektakularnie zjechał w dół - jako optymistka wierzę jednak w perspektywę poprawy. Nieźle zapowiada się UltraŻurnal. Niestety, na etapie zapowiadania zatrzymał się Vint (zaledwie dwa numery w ciągu dwóch lat - szkoda). Fajny jest dział mody w Piana Magazine.
Skutek braków na polskim rynku jest taki, że wykorzystuję znajomych spoza Polski i co jakiś czas w moich rękach ląduje świeżutki, pachnący nowością numer brytyjskiego "Vogue'a". Wystarcza mi on za wszystkie magazyny świata. A największą przyjemnością jest oczywiście coroczne przewertowanie "the september issue". Tegoroczny akurat teraz jest w angielskich kioskach, a ja powinnam go dostać lada dzień. Wrześniowy numer to dla modowego światka coś w rodzaju zwiastowania i nowego roku w jednym. Prezentuje trendy na kolejne 12 miesięcy - najbardziej koncentruje się oczywiście na nadchodzącym sezonie jesień zima, ale na podstawie tej wyroczni można wyciągnąć także wiążące wnioski odnośnie wiosny. Tak, wrześniowy numer to prawdziwa legenda - o czym nie trzeba przekonywać nikogo, kto oglądał ten film.
Ale nie samym Vogue człowiek żyje. Zdarza mi się także oglądać sesje zdjęciowe w "How to spend it", czyli ukazującym się raz w tygodniu dodatku do Financial Timesa. Są przepiękne i bardzo odrealnione modowo i fotograficznie (choć to oczywiście zależy od konkretnej sesji). Jednak największe wrażenie zrobił na mnie ostatnio magazyn "Love", redagowany przez Katie Grand. Nie mogę powiedzieć, że jestem stałą czytelniczką, ale dzięki pewnej zaprzyjaźnionej modomaniaczce mogłam przewertować pierwszy numer, ten legendarny, z Beth Ditto na okładce. To kompletnie inny świat, inna jakość. Sesje - tak, ale nie są to typowe zdjęcia modowe. Poruszają się raczej na pograniczu mody i sztuki. Teksty - ciekawe, inspirujące, ale nie uświadczysz tam poradnikowych blabla w stylu "do beżowego płaszcza załóż brązowe spodnie w stylu safari". Nie zrozumcie mnie źle - nie twierdzę, że takie teksty nie są potrzebne (sama je zresztą pisuję). Po prostu czasami potrzebuje się czegoś zupełnie innego, a moda to nie jest zbiór regułek typu: połącz ze sobą ubrania A, B i C, a potem dodatki D, E, F. Od prawdziwego modowego magazynu oczekuję raczej inspiracji, uchylania pewnych drzwi. Również w dziedzinie eksperymentów foto. Oglądając "Love" co chwila zatrzymywałam się i wołałam Arima, żeby zobaczył, jak można coś uchwycić, zagrać światłem, winietowaniem. Ot, taki samouczek ;-)

Tyle w kwestii magazynów. Mogłabym pisać dłużej... ale po co, skoro tam, gdzie diabeł nie może, tam bloga pośle :-) Tak, ja naprawdę uważam, że blogi w dużej części zastąpiły nam magazyny. Są do przodu względem wszystkiego. Nie opisują trendów, tylko bezbłędnie je wyznaczają. Dlatego czasopisma - tak, z radością. Nie przestanę ich zbierać. Ale na co dzień przeglądam przede wszystkim - blogi.

A żeby nie było, że odcinek kompletnie nieszafiarski - na powyższych zdjęciach możecie sobie pooglądać mnie w udomowionym wydaniu. Pełen luz, koszula mojego faceta i bose stopy. No i magazyny...
 
1 , 2 , 3