Jak cię widzą, tak cię piszą




Kategorie: Wszystkie | Konkurs | Prywata | Refleksje modowe | Stylizacje
RSS
poniedziałek, 23 maja 2011
Jestem czekaniem
Czekam. Odliczam. Mylę się, odliczam jeszcze raz. Nigdy nie byłam dobra w liczeniu.

A im dłużej czekam, tym bardziej narasta potrzeba grafomanii podlanej nazbyt emocjonalnym sosem, więc może lepiej nic, może po prostu będę robić to, co dotąd - upiję się zapachem kwitnącego parku, zmrużę oczy patrząc na słońce, posłucham krzyku sikor i szpaków, wzruszę się byle czym, pośmieję się i popłaczę. Otworzę kolejną mądrą książkę. I po raz tysięczny obejmę brzuch obiema rękami.

Unsure of what the balance held
I touched my belly overwhelmed
by what I had been chosen to perform

Lauryn Hill







Autorką zdjęć jest Ania Pińkowska (szerzej znana jako Villk), czyli 1/2 fotokolektywu Bubble Factory. Dziękuję!

P.S.Żeby nie było wątpliwości - nie znoszę typowych sesji "brzuszkowych", z wydumanymi studyjnymi pozami i obowiązkowym serduszkiem z dłoni na brzuchu.
poniedziałek, 07 marca 2011
Szybciej
Sztafeta pokoleń przyspiesza wraz z każdym poruszeniem najnowszego człowieka. Jeszcze nigdy nie czułam namacalności czasu tak wyraźnie.
W ciągu ostatnich lat sporo czasu poświęcałam na pozowanie do zdjęć. Wkrótce przestanie mi to sprawiać aż tyle radości - za to z wielką satysfakcją będę fotografować własne dziecko. A jeszcze nie tak dawno temu - bo co to jest głupie czterdzieści lat - do zdjęć pozowała pewna bardzo dynamiczna dwudziestolatka. Nie miała jeszcze chłopaka ani dzieci. Miała za to mnóstwo planów na przyszłość. Moja prywatna ikona mody. Innych nie potrzebuję. Dla każdej córki mama jest najpiękniejsza.

środa, 20 października 2010
Wyznania sprzedajnej
Oj narobię sobie teraz wrogów, narobię... Ta notka, co tu dużo kryć, powstała pod wpływem wkurzenia - jeśli doczytacie do końca, to domyślicie się, skąd te nerwy. Jedziemy!

Jeśli ktoś łudzi się jeszcze, że na blogach nie zamieszcza się reklam, to jest bardzo naiwny. Zamieszcza się. Zazwyczaj nie są to duże pieniądze dla żadnej ze stron. Reklamodawcy dzięki blogom mogą coś zakomunikować za naprawdę atrakcyjną cenę. Najpopularniejsi blogerzy są w stanie żyć ze swojej działalności (chociaż rzecz jasna nie są to jakieś dzikie tysiące złotych, więc żyć można raczej na dość skromnym poziomie). Innym blogerom - czyli znakomitej większości - dochody z bloga zapewniają kieszonkowe. Miłe są także prezenty, gadżety do testowania, możliwość wejścia na otwarcie/konferencję/imprezę. To proste, niedrogie i bardzo skuteczne jako środek komunikacji - żyjemy w czasach, kiedy najpopularniejsze blogi spokojnie dorównują (jeśli nie przewyższają) poczytnością magazynom i gazetom. No, a porównajcie koszty reklamy prasowej i reklamy na blogu!

Oczywiście, to, że można kupić sobie przestrzeń reklamową na blogu, nie oznacza, że panują tu prawa dżungli. Większość blogerów ma swoje zasady co do zawartości okienek reklamowych. Niektórzy stanowczo odmawiają współpracy z producentami alkoholu i papierosów. Inni - na przykład ja - nie chcą u siebie widzieć typowych tekstów sponsorowanych (czyli takich, które żywcem, nic nie zmieniając, trzeba u siebie zamieścić), za to na marketing szeptany godzę się bez mrugnięcia okiem, jeśli jest inteligentny i przemyślany.

Oczywiście, większość blogerów nie ma czasu, żeby bawić się w samodzielną akwizycję reklam do swojego bloga. Pomagają nam w tym platformy pośredniczące. Wystarczy się u nich zarejestrować. Śledzą nasze statystyki, a od reklam pobierają prowizję, ale dzięki temu nie musimy bawić się w reklamowanie samych siebie - po prostu akceptujemy banner (lub nie) i już. Po stronie pośredników jest także reprezentowanie naszego bloga i przedstawianie go światu jako skutecznego medium.

W Polsce mamy trzy agencje, które pośredniczą na linii reklamodawca - bloger. Każda ma swoje wady i zalety. Oto moje subiektywne doświadczenia ze współpracy z nimi.

1. Blogvertising

Zalety:
- spora skuteczność. Żadna firma tak skutecznie nie zasypuje blogerów ofertami reklam. Nawet mało popularne blogi są w stanie coś uszczknąć z reklamowego tortu dzięki blogvertisingowi.
- niezłe stawki. Mam wrażenie, że blogvertising współpracuje z dużymi graczami na rynku i zdobywa duże budżety reklamowe. Dzięki temu nie oferuje nam błyskotliwych propozycji typu banner na jeden dzień za 10 groszy. Nie, oni zamieszczają u nas całe kampanie, a stawki zaczynają się od kilkudziesięciu złotych - co oczywiście zależy od popularności bloga i czasu trwania kampanii.

Wady:
- lekceważenie w stosunku do blogerów, z których przecież żyją. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której tygodniami czeka się na odpowiedź na maila? Z tego powodu wiele razy chciałam się z tą firmą rozstać. Nie lubię być traktowana z ostentacyjną pogardą.
- rotacje. Piszesz do osoby X, odpowiedź dostajesz od osoby Y, a tydzień później w tej samej sprawie pisze do nas account Z. Można się pogubić.
- opóźnienia w wypłatach. Ja osobiście nie miałam z tym jeszcze problemów, ale znany mi jest przypadek ponad miesięcznego spóźnienia z przelaniem pieniędzy za kampanię. Należy jednak sprawiedliwie przyznać, że pieniądze ostatecznie zawsze trafiają na konto.
- schematyczne działanie. Blogi niszowe mają dużo mniejsze szanse na kampanię, nawet jeśli ich wartość merytoryczna bije na głowę popularny, kretyński blogasek milusiej kiciusi. Dla blogvertisingu na blogach liczy się ilość (odsłon), a nie jakość (notek). Zła moneta zawsze wypiera dobrą.

2. Adtaily

Zalety:
- są na każde zawołanie. Na maile odpisują błyskawicznie, są obecni w serwisach społecznościowych, można z nimi pogadać na blipie i facebooku. Prowadzą dialog z blogerami i nie obrażają się na konstruktywną krytykę. Ktoś, kto tam odpowiada za sprawy wizerunkowe, robi świetną robotę.
- prosty, intuicyjny interfejs dla blogera. Żeby zaakceptować kampanię, nie musisz prowadzić tasiemcowej korespondencji z accountami.
- współpraca z paypalem i brak biurokracji - żeby dostać pieniądze za kampanię, nie musisz podpisywać umowy, czekać na podpisany egzemplarz, a potem iluś tam przepisowych dni roboczych na przelew. Wszystko trwa maksymalnie 3 dni - wchodzisz do interfejsu blogera, wypłacasz kasę i niedługo potem masz ją na paypalu/koncie.

Wady:
- mierna skuteczność. Propozycję kampanii z Adtaily dostaję w najlepszym przypadku raz na miesiąc. Czasem rzadziej. Ktoś może powiedzieć, że to pewnie z powodu mojej słabej popularności - ale z tego, co wiem, blogi z kilkakrotnie większą odwiedzalnością mają identyczny problem.
- rozdrobienie. W Adtaily dominują kampanie typu: banner na 3 dni za 3 zł, a długie, pełnokrwiste kampanie są rzadkością. A już wyjątkowo irytujące są kampanie testowe. Kiedyś dostałam propozycję wyświetlania bannera przez 2 dni bodajże za 9 groszy. Już miałam się obrazić, gdy się dowiedziałam, że inna blogerka dostała identyczną propozycję za 4 grosze. Z rozbawieniem zgodziłam się na kopnięcie zaszczytem - głównie po to, żeby zobaczyć, co teraz będzie.

3. NetSales

Zalety:
- Najmłodszy gracz na rynku, więc wciąż bardzo się stara.
- Działają niestandardowo. Z własnej inicjatywy kombinują, jakby tu dać blogerom coś więcej niż tylko ustalone wcześniej wynagrodzenie.
- Uczciwe zasady - konkretna stawka za konkretną ilość kliknięć na banner.
- Nie tylko błyskawicznie odpisują, ale też sami, nienagabywani, wyjaśniają to, co potencjalnie może być niejasne. Starają się myśleć kategoriami blogera, nie zaniedbując reklamodawcy. Wpadli na to (surprise!), że zadowolony bloger to skuteczniejsza kampania.

Wady:
- Nie mają typowych kampanii bannerowych, które zapewniają dochód, niezależnie od popularności bloga.
- Działają na tyle krótko, że nie miałam jeszcze okazji przetestowania szybkości załatwiania spraw typu umowa, tempo płatności itd. Możliwe, że ten punkt przeniesie się wkrótce do zalet. Lub, co równie możliwe, pozostanie w wadach.

Możliwe, że są jeszcze inni, ale nie współpracowałam z nimi, więc nie mogę się wypowiadać.

Reklamodawcy mogą oczywiście zgłaszać się bezpośrednio do blogerów, z pominięciem pośredników - zwykle nie ma z tym problemu, bo blogerzy są otwarci na negocjacje. Dzięki temu zyskujemy na zasadzie barteru (na przykład: ja tobie reklamę, a ty mi coś ze swojego sklepu internetowego) lub jakiejkolwiek innej. Można się dogadać. Są jednak firmy, które nagabują o spotkanie, piszą prośby i perswazje, zawracają głowę... a potem znikają. Dosłownie znikają. Z tego miejsca chciałabym odradzić współpracę z firmą PinkPig. Latem zaproponowali mi (oraz, jak się potem okazało, innym szafiarkom) udział w evencie reklamowym. Warunki były znakomite - aż zbyt piękne, żeby mogły być prawdziwe. Wszystko było dogadane, a event miał się odbyć w październiku. W połowie września piszę do PinkPig, żeby potwierdzić udział. Cisza. Piszę jeszcze raz. Cisza. Znajoma blogerka, także zdezorientowana, pyta mnie, czy też dostałam od nich propozycję - ona miała więcej szczęścia, bo raz dostała odpowiedź na maila. Ja nie doczekałam jej do tej pory. Czy tak wygląda rzetelność i profesjonalizm? Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie. Podkreślam, że blogerzy są ludźmi i nie należy się ich bać. Ja także nie gryzę, więc jeśli jakiejś firmie eventowej czy pr-owej nie udało się podpisać kontraktu i zrealizować ambitnych planów z m.in. moim udziałem, zrozumiem to. Ale taki ignor, olewanie, brak odwagi cywilnej? W żadnej dziedzinie nie są to pożądane kwalifikacje. W dziedzinie PR takie cechy to dyskwalifikacja. Tak, panie googlu, może pan to zaindeksować.

Osobną kategorią są grupy freaków, którzy wysyłają do nas maile typu: "Zrealizowaliśmy świetną produkcję. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybyś zdecydowała się umieścić ten film na swoim blogu." Dlaczego niby miałabym to zrobić? Jeden logiczny powód poproszę. Bezinteresowna bywam często, ale w stosunku do przyjaciół. W stosunku do nieznajomych, na dodatek naiwnych i liczących na moją naiwność - nie. Uważam takie prośby za przejaw braku szacunku i niepoważnego traktowania mojej osoby. A jeśli ktoś nadal ma ochotę wyzwać mnie od zimnych suk, proponuję zerknąć na bannery charytatywne, które zamieszczam. Są takie i nikt mi ich nie zleca. Gros tych instytucji nawet nie wie, że je linkuję. Muszę mieć jednak pewność, że działam w dobrej wierze, zamiast nabić kabzę cwaniakowi.

Jakie wnioski płyną z powyższego? Kiedyś było coś takiego jak Kodeks Współpracy z Blogerami - ale już nie ma (z tego, co wiem - może słabo guglałam?). A nawet jeśli google trzyma gdzieś jeszcze kopię, to i tak kodeks powstał w 2008 roku, więc istnieje zagrożenie, że mógł się zdezaktualizować. Ja jestem tylko małą szafiarką, nie żadnym tam specem od reklamy na blogach, więc nie reprezentuję żadnego szerszego środowiska i nie mam ambicji tworzenia kodeksu. Pozwoliłam sobie zatem na opracowanie lakonicznego dekalogu dla reklamodawców współpracujących z blogami, pisany z punktu widzenia blogerki.

1. Szanuj nas i nasz czas.
2. Nie nagabuj - uszanuj odmowę. Nie spamuj naszych skrzynek.
3. Odpisuj na maile.
4. Szybko wywiązuj się z zobowiązań. Jeśli coś w tym przeszkadza, informuj o tym na bieżąco.
5. Nie bój się komunikować porażek (np. kampania nie doszła do skutku). Informuj o wszystkim jasno i uczciwie. Nie ukrywaj niczego i nie matacz. Prawda i tak wyjdzie na jaw.
6. Nie próbuj traktować nas niepoważnie. Przykład niepoważnego traktowania został opisany tutaj.
7. Odpisuj na maile.
8. Wiemy, że jesteś między młotem i kowadłem, czyli między reklamodawcą i reklamobiorcą. Spróbuj być w porządku wobec obu stron.
9. Zorientuj się, kogo reprezentujesz. Zaglądaj czasem na blogi, na których w imieniu blogerów sprzedajesz powierzchnię reklamową.
10. Hm... sprawdź, czy przypadkiem nie czeka na ciebie mój mail? ;-)

A wy? Jakie są wasze doświadczenia? Drogie firmy, czy uważacie, że blogerzy to osoby, którym uderzyła woda sodowa? Drodzy blogerzy, czy mieliście jakieś problemy, współpracując z firmami? Czekam na komentarze. Tylko bez awantur, proszę :-)
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Wianki zostały rzucone ;-)
...a skoro wianki na wodę rzucone, to lato oficjalnie uważam za otwarte :-) Dziś przesilenie letnie. Ale poniższa fotka - z soboty.

wtorek, 18 maja 2010
FAQ - czyli najczęściej zadawane pytania
Wcześniej FAQ zamieściły Baglady i Aife (możliwe, że ktoś jeszcze - proszę o wybaczenie, jeśli coś przeoczyłam). Moja decyzja o wymyśleniu krótkiego zestawu pytań i odpowiedzi wynika z faktu, że ostatnio dostaję mnóstwo maili od osób piszących prace magisterskie i licencjackie na temat szafiarek. Po kilku rozmowach (bardzo sympatycznych zresztą) zauważyłam, że pytania się powtarzają. Dla ułatwienia napisałam więc kilka gotowych odpowiedzi, które można dowolnie wykorzystywać, jeśli ktoś ma ochotę. O kontakt proszę zatem tylko te osoby, które nie znalazły w poniższym zestawie odpowiedzi na swoje pytanie.

Kim jesteś?

Mam prawie 35 lat, z wykształcenia jestem dziennikarką, od kilku lat pracuję w szeroko pojętym sektorze projektów marketingowych. Mieszkam w Warszawie i uwielbiam to miasto. Pochodzę z Zamojszczyzny. W Zamościu wciąż mieszkają moi rodzice i siostra.

Dlaczego zostałaś szafiarką?

Wyłącznie dla zabawy. Zawsze lubiłam się stroić, dbałam o swój wygląd, starałam się wyrazić siebie poprzez dobór ubrań i dodatków. Dlatego kiedy pojawiły się w sieci pierwsze blogi na ten temat (Ryfki, Anio, nieistniejące już blogi Kajakowo i Pyzy), postanowiłam także spróbować. Bloguję od dwóch lat. Nie mam jednak ambicji trendsetterskich. Najważniejsze dla mnie to pozostać sobą. Jeśli kogoś inspiruję, bawię, poprawiam humor - świetnie. Jeśli nie - trudno, zapraszam na inne blogi. Jest ich pod dostatkiem. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Ile czasu zajmuje Ci blog?

Godzinę, czasami dwie godziny tygodniowo. Zamieszczam zazwyczaj jeden wpis w tygodniu, zdjęcia zwykle robię w weekendy. Na więcej nie mam czasu - pracuję na pełnym etacie, a po pracy robię wiele innych rzeczy (tańczę, uprawiam sporty, uczę się języków, piszę). Wstyd przyznać, ale więcej pracy przy blogu wykonuje mój mąż, a jednocześnie mój fotograf. To on robi fotki, a potem obrabia je w programach graficznych - poprawia światło, kontrast, nakłada efekty. Urody nie poprawia - jest, oględnie mówiąc, umiarkowanym zwolennikiem "fotoszopowania".

Co jest Twoją inspiracją? Czy masz jakieś ikony mody?

Nieustanną inspiracją jest życie. Czerpię pomysły z każdego dostępnego źródła - z obserwacji ulicy, blogów innych szafiarek, blogów o modzie, filmów, koncertów. Moda to szerokie pojęcie nieodłącznie związane z popkulturą, więc zdarza się, że ubieram się pod wpływem określonej muzyki. Ikon mody chyba za bardzo nie mam (bezmyślne kopiowanie od innych kończy się zresztą źle w moim przypadku, bo mam trochę nietypowe proporcje ciała), choć od lat nieustannie podobają mi się stylizacje wymyślone przez Patricię Field na potrzeby serialu "Seks w wielkim mieście". Od jakiegoś czasu lubię także styl Alexy Chung.

Czy czytujesz gazety modowe?

Rzadko. Kupuję, jak coś mnie szczególnie zainteresuje. Od jakiegoś czasu polskie gazety jakoś mnie nudzą, bo mam wrażenie, że w każdej jest to samo. Za to dzień, w którym znajomi przywożą mi angielskiego Vogue'a, jest świętem.

Czy jest coś, czego byś nigdy nie założyła?

Staram się nigdy nie mówić nigdy. Aktualnie odrzucają mnie buty z wąskim czubem, spodnie ogrodniczki i dżinsowy total look. Wciąż nieufnie podchodzę do zestawienia sandałów na obcasie i skarpetek. W ogóle absorbuję trendy bardzo powoli i ostrożnie.

Czy zauważyłaś jakiś pozytywny wpływ blogowania na swoje życie?

Zaczęłam ubierać się w sposób bardziej świadomy - uważniej niż kiedyś. Krytyka czytelników (która daje mi naprawdę sporo) pozwala mi spojrzeć na siebie trochę "z zewnątrz". Dzięki temu zyskałam umiejętność wybrania w sklepie nie tylko takich rzeczy, które mi się podobają, ale też takich, które podkreślą zalety mojego typu urody i sylwetki. Wciąż się tego uczę, zyskuję nowe doświadczenia - najczęściej zresztą metodą prób i błędów.
Dzięki obecności w internetowej społeczności szafiarek więcej wiem także o aktualnych trendach. Posiadanie bloga sprawia, że jestem zapraszana na imprezy modowe, pokazy nowych kolekcji. To miłe i rozszerza moje horyzonty. No i last, but not least - dzięki blogowaniu poznałam kilka osób, które umożliwiły mi pisanie do modowych gazet i serwisów.
W równie dużym stopniu blog wpłynął na życie mojego męża, który dzięki niemu zainteresował się fotografią - ma już w tej dziedzinie pierwsze sukcesy i publikacje prasowe.

A wpływ negatywny?

Mało jest stron negatywnych. Dostrzegam tylko jedną - bywa, że w komentarzach objawia się typowo polskie czepialstwo. Jako szafiarka wystawiam się na strzał, a z możliwości strzału korzystają czasem osoby sfrustrowane. Ludzie, którzy anonimowo wyżywają się na innych, budzą moją głęboką pogardę - nie odpowiadam na ich zaczepki, w ogóle nie mam ochoty z nimi rozmawiać. Efekty frustracji pojawiają się jednak rzadko - dominuje konstruktywna krytyka, za którą jestem wdzięczna. Oczywiście, żadna krytyka nie jest miła, ale, podobnie jak wizyta u dentysty, jest konieczna i pomocna.

Edit, 27.05: Dostrzegłam ostatnio jeszcze jedną "mroczną stronę" blogowania - mianowicie mam wrażenie, że stworzyłam jakiś swój publiczny wizerunek, moi czytelnicy się do niego przywiązali i stałam się do pewnego stopnia jego zakładniczką. Obawiam się nieporozumień z tym związanych. Boję się także, że osoby, które nie znają osobiście ani mnie, ani moich znajomych, ani mojego stylu życia, zbyt pochopnie ferują wyroki na temat moich strojów.

To jednak oczywiście - co podkreślam - drobiazg w porównaniu z ogromem pozytywów :-)

Czy możesz powiedzieć, że masz jakiś określony styl ubierania? Czy w trakcie prowadzenia bloga styl się zmieniał?

Nie jestem pewna, czy mam jakiś styl - jedyne, co w moim przypadku jest stałe, to zmiana. Lubię być ciągle kimś innym. Ubieram się stosownie do humoru i okazji. Kiedyś bardzo lubiłam styl retro, teraz mi przeszło. Boję się zestawów typu total retro look, bo nie chcę wyglądać jak własna babcia. Aktualnie stawiam na wyrafinowany minimalizm, ale niewiele jeszcze w tej dziedzinie pokazałam i dopiero kompletuję swoją minimalistyczną i monochromatyczną szafę, pozbywając się jednocześnie rzeczy retrowych (rzecz jasna z pewnymi wyjątkami).

Czy masz jakieś swoje ulubione zdjęcia spośród tych, które zamieściłaś na blogu?

Jestem zadowolona ze wszystkich, ale moje absolutnie ulubione zdjęcia można poznać po tym, że przeklejam je potem na swoje konto na modepassie.

Czy masz ulubioną część garderoby?

Buty. Mam ponad 50 par i kolekcja ciągle rośnie - nie umiem się im oprzeć. Ostatnio coraz częściej kupuję także spódnice i sukienki - zdecydowanie wolę je od spodni.

Czy często spotykasz się z innymi szafiarkami?

Rzadko, ale jeśli spotkania się zdarzą, są bardzo miłe. Najfajniej wspominam pierwszy, legendarny już zlot szafiarek, który miał miejsce 8 listopada 2008 r. Może dlatego, że było nas niewiele? A ja nie lubię tłoku.

Jakie blogi szafiarskie lubisz najbardziej?

Wszystkie te, które polecam w linkach po lewej stronie (są opisane jako "wybór subiektywny"). Od czasu do czasu zaglądam także na serwis Polskie Szafy i klikam na chybił trafił. Jeśli coś mi się spodoba, ląduje w linkach.

Czy uczestniczysz w konkursach na stylizacje?

Zdarza mi się, choć rzadko, bo nie lubię ubierać się na akord i dopasowywać do konkursowego tematu. Do tej pory pokazano mnie w Aktiviście i TVN. Wzięłam także udział w pokazie mody zorganizowanym przez serwis Lula.pl

Gdzie najczęściej kupujesz ubrania?

Wciąż w ciuchlandach, choć ostatnio coraz rzadziej, bo odkąd ciuchlandy zrobiły się popularne (nie bez zasługi szafiarek), jest tam niemożliwy tłok. (I w ogóle zatłoczenie sklepów stanowi dla mnie istotne kryterium). Oczywiście, często zaglądam do sieciówek, choć od jakiegoś czasu realizuję w praktyce hasło slow fashion - czyli zakupy rzadsze, ale przemyślane i droższe. Tęsknię do rzeczy dobrej jakości. Po okresie zachłyśnięcia się haemami czy innymi promodami przeżywam fascynację jakością szycia, materiału... Na szczęście Warszawa daje tu sporo możliwości. Butiki młodych projektantów wyrastają jak grzyby po deszczu, odbywają się także cykliczne kiermasze modowe.

Co planujesz kupić w najbliższym czasie?

Chleb i masło ;-) A serio, czaję się na szpilki Christiana Louboutina.

Czy zarabiasz na blogu?

Tak, zarabiam symboliczne kwoty dzięki zamieszczaniu reklam. Pieniądze te nie mają żadnego przełożenia na budżet domowy - raz są, raz ich nie ma. Nie stanowią stałego przypływu, więc traktuję je raczej jak kieszonkowe. Nie wiążę też z blogowaniem/modą przyszłości zawodowej. To tylko hobby. Jedno z wielu.

Czy masz jakieś zasady w stosunku do zamieszczanych na blogu treści reklamowych?

Tak, nie zamieszczam reklam papierosów, alkoholu, dopalaczy ani typowych tekstów sponsorowanych na jakikolwiek temat.
poniedziałek, 12 października 2009
Co mi zrobisz, jak mnie SWAPiesz
...no jak to co? Zrobię Ci zdjęcie! - czyli sobotni Lula Swap Show oczami Arima:

Co by tu wybrać?

Wnikliwa ocena...

Blu we własnej, roześmianej osobie. Niniejszym abdykuję z funkcji Miss Uśmiechu ;-)

Agnieszka, której dziękuję za najnowszego Vogue'a prosto z Londynu :-)

Całą imprezę zakończył, podobnie jak poprzednio, pokaz mody :-)

Nie bójcie się, nie byłam tak ubrana, to tylko efekt głupawki...
Z edycji na edycję lulowa impreza rozrasta się coraz bardziej. Poprzednią ledwie pamiętam, tak byłam przejęta swoją rolą modelki, ale uczestników było chyba jednak trochę mniej. Na obecną przyszłam z ogromną torbą ciuchów i dodatków. Pozbyłam się aż siedmiu rzeczy! Część poszła w promocyjnej cenie 5 zł, a część została zamieniona na coś innego.
Moje łupy:
Nowe-stare buty, tzw. real vintage z lat 70, miłość od pierwszego wejrzenia (i założenia).

Patchworkowa torba od Karoliny:

A teraz rozpoczynamy odliczanie dni do następnego swapa - na wiosnę. Do zobaczenia!
piątek, 17 lipca 2009
Bo nie o to chodzi, by złapać królika
Królik europejski, królik dziki (Oryctolagus cuniculus) – jeden z trzech żyjących w Polsce przedstawicieli rodziny zającowatych.

Długość ciała 35-50 cm, ale w pewnych szczególnych warunkach może być to nawet ok. 170 cm. Masa ciała niewielka. Grzbiet ciała ma ubarwienie różowe, spód jest biały. Krótki ogon jest od góry różowy, od spodu biały.

Często mylony z zającem szarakiem, jest od niego znacznie mniej introwertyczny. Przebywa w skupiskach ludzkich i chętnie daje się fotografować. Lubi robić bańki mydlane. Cecha charakterystyczna - puszyste futerko, które pomaga mu zjednywać sobie przyjaciół. Królik nie ma wrogów w swoim naturalnym środowisku. Mimo to jest pod ścisłą ochroną gatunkową ze względu na niewielką liczebność stad.

Czytała Krystyna Czubówna.

P.S. Na królika polowali: Paulina, Ewa, Agnieszka, Karolina i Morven.
wtorek, 19 maja 2009
M jak Mhrokh ;-)
Zgodnie z obietnicą złożoną w komentarzu do poprzedniej notki zamieszczam swoje typowe zdjęcie sprzed kilku lat. Dziś, gdy wróciłam do własnego koloru włosów, noszę się we wszystkich kolorach i utrzymuję pogodny dystans do rzeczywistości, wspominam tamten okres z lekką nutką nostalgii.

niedziela, 05 kwietnia 2009
Już za chwileczkę, już za momencik...
Lada chwila planuję wielki powrót do szafy. Przez ostatnie dni intensywnie robiliśmy zdjęcia, a tymczasem pozdrawiam was z tamtej strony lustra:

Stay tuned!
wtorek, 14 października 2008
Wpis zbiorczy - rzecznik prasowy odpowiada ;-)

Nie mam włączonego powiadamiania o komentarzach. Dlatego dziś w chwili wolnego czasu (no dobrze: w dniu leniwca w pracy ;-) ) przejrzałam cierpliwie, wpis po wpisie, ten szafowy blog i zdziwiła mnie liczba komentarzy, których nigdy wcześniej nie czytałam.

To, co mogę powiedzieć przede wszystkim: bardzo dziękuję za odzew. Piszę i wymyślam zestawy strojów ku uciesze własnej, ale i ogółu, i gdyby odzewu kompletnie nie było, to pewnie nie byłoby mi miło. I zaraz potem: owszem, w prawie każdej z zaprezentowanych stylizacji coś bym teraz zmieniła, ale ogólna idea każdej z nich na pewno pozostałaby taka sama. Żaden, absolutnie żaden komentarz tego nie zmieni. Ja to ja, czy się to komuś podoba, czy nie i jedyne, co można ze mną zrobić, to przyjąć mnie z dobrodziejstwem inwentarza. Jeśli jednak ktoś myśli, że tym stwierdzeniem chcę z góry spacyfikować komentarze krytyczne, to niniejszym wyprowadzam go z błędu. Funkcjonuję w internecie naprawdę od wielu lat i nie jestem już dziewuszką, która się zapłacze, bo ktoś ją skrytykował. Wiem swoje, innych słucham uważnie, a z doświadczenia życiowego wiem również, że ludzie bezwzględnie szczerzy często są jednocześnie solidni, uczciwi i mądrzy. I przyznam, że czasem wolę inteligentnych krytyków, niż fałszywych przyjaciół.

Mimo wszystkich dobrodziejstw płynących z komentarzy coraz częściej zastanawiam się nad ich zamknięciem. Raz, że nie lubię nerwowego czekania na pierwszego komentsa (na zasadzie: "dobra, to zaraz się okaże, że mój pomysł nikomu poza mną się nie podoba"). A dwa, że obawiam się ich wpływu na własny styl. Chcę pozostać sobą i - mimo rozrywkowego charakteru tego bloga - nigdy nie ulec pokusie robienia czegokolwiek pod publiczkę. Jestem niemożliwą indywidualistką, z pewnością miłą, ale przekorną. Zauważyłam nawet, że czasami im bardziej coś jest modne, tym trudniej mi się do tego przekonać. Rzeczy, które mi się podobają, zazwyczaj podobają mi się od lat, a rzeczy, które mi się nie podobają - cóż, może kiedyś zmienię zdanie. Kontestuję rzeczywistość i wciąż jeszcze słucham głównie własnej intuicji. Dlatego czasami wyglądam - w opinii niektórych - beznadziejnie. Tak pewnie zostanie i szczerze mówiąc uważam ten stan rzeczy za zdrowy. Albowiem jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził. Howgh!

P.S. Naprawdę mam 33 lata :-)
 
1 , 2